Pobiegłam natychmiast w kierunku łąki uprzedzić Li i pozostałych. Jednak w połowie drogi zatrzymałam się. Przecież to właśnie przeze mnie. Przeze mnie stado jest w niebezpieczeństwie. Jeśli odejdę Diabel ruszy za mną a Li i Niger będą bezpieczni. A jeśli to nie pomoże? Wahałam się jaką podjąć decyzję. W końcu zmieniłam kierunek i pogalopowałam do lasu. Przez resztę nocy zastanawiałam się co zrobić. Ciągle chodziły mi po głowie słowa Mark'a. "Diabel po ciebie idzie" . A co jeśli w końcu mnie dopadnie? Co, jeśli tylko pogorszę sytuację? Dręczona tymi myślami usnęłam i zapadłam w niespokojny sen.
***
- Hej No, wstawaj - usłyszałam jakiś głos nad sobą. Otworzyłam powoli oczy i wstałam gwałtownie uderzając się przy tym w głowę, dzięki czemu znów usiadłam na trawie
- Czemu mnie obudziłaś Li?
- Mamy do pogadania.
- O czym? - Li westchnęła
- Martwię się o ciebie Sode. Ostatnio jesteś jeszcze cichsza i wredniejsza dla innych. Przychodzą do mnie ze skargami, żeby cię wyrzucić ze stada. - spojrzałam klaczy w oczy - Nie zrobię tego. Ale nie mogę też patrzeć jak traktujesz innych. - Li usiadła obok mnie - Co się stało? Poznałam cię już na tyle dobrze, że wiem kiedy coś jest nie w porządku. - popatrzyłam jeszcze raz na Li i wstałam. Zwróciłam się w stronę Samotnej Rzeki. Było to moje ulubione miejsce w stadzie. Zazwyczaj nikt tu nie przychodził. Schyliłam głowę i spojrzałam na swoje odbicie. Li stanęła obok mnie.
- Nie chce żeby coś wam się stało. A przebywając blisko mnie... będziecie w niebezpieczeństwie. - zaczęłam. Li pojawiła się obok mojego odbicia w rzece.
- Czemu? Dlaczego tak uważasz? - westchnęłam
- Kilka dni temu, zobaczyłam kręcących się w pobliżu ogierów. Podsłuchałam ich rozmowy i... - opowiedziałam alfie co słyszałam i widziałam. Klacz wysłuchała całej historii i kiwnęła głową. Przez dłuższą chwilę milczała, lecz w końcu się odezwała
- To wszystko? - spojrzałam na nią szeroko otwartymi oczami
- Ty się pytasz czy to wszystko? Przecież... możecie przeze mnie zginąć. Ja... nie mogę ryzykować waszych żyć - spuściłam głowę
- To prawda. - usłyszałam - To prawda, że możemy zginąć. Być może wiele z nas może zostać rannych. Ale przecież tak się nie musi zdarzyć. - podniosłam znowu głowę, a oczy miałam pełne zdziwienia - Przecież to nie jest twoja wina. Nikt cię nie będzie za to obwiniać. W końcu nie masz nic wspólnego z z tym, że Diabel się tobą zainteresował. - stałam wpatrując się w Li jak skamieniała.
- Ale nadal... - klacz pokręciła tylko głową
- Ja wiem, że nie za bardzo lubisz inne konie, a one ciebie. Ale nawet jeśli, oni nie odwrócą się od ciebie z tak błahego powodu. - w tamtym momencie poczułam się głupio. Przecież to samo powiedziałam Nigerowi. Sama mówiłam mu, że to nie jego wina że urodził się synem Ognistej Klaczy. A teraz? Sama o tym zapomniałam.
- Li... dziękuje - nie chciałam tego robić, ale mam takie chwile w życiu że nie potrafię zatrzymać swoich emocji. Przytuliłam się do Li. Sama w to nie mogłam uwierzyć, ale moje serce zaakceptowało ją i pozwoliło jej zaufać. Dzięki temu, znów, po raz czwarty w całym moim życiu spłynęła mi po policzku, krystalicznie czysta łza.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz