- Niger, nie możesz. Wciąż jesteś osłabiony. - powiedziała Li. Byliśmy właśnie w jaskini medyków gdzie przebywał Niger. Jego rany nie były śmiertelne, ale był bardzo słaby. Powiedział, że Diabel chciał o mnie wiedzieć jak najwięcej i wyciągnąć informacje o Stadzie Wiecznego Życia. Li została zabrana do innej jaskini z Rosalią. Kiedy ona była zajęta wykorzystała okazję i uciekła jej. Kiedy usłyszałam jak rozprawiała się ze strażnikami na zewnątrz użyłam moich mocy i przekazałam jej wiadomość aby mi pomogła. Dzięki temu uratowała mnie i Nigera.
- Proszę Niger. Musisz się oszczędzać. - poprosiłam
- Ale nie mogę tak tu siedzieć i nic nie robić. - następnego dnia po naszej ucieczce, Diabel wysłał do nas posłańców z wiadomością o wojnie którą nam wypowiedział. Od tamtej chwili Niger nie mógł usiedzieć w miejscu. Zresztą nie tylko on był niespokojny. Wszyscy przygotowywaliśmy się na ostateczną bitwę. Mimo iż Li i reszta stada zapewniali mnie, że to nie moja wina ja wciąż uważałam że powinnam odejść.
- Idę się przejść - oznajmiłam
- W porządku - powiedziała Li - ale... wróć - spojrzałam na nią i na Nigera, kiwnęłam głową i wyszłam. Słońce chyliło się powoli ku zachodowi. Spojrzałam w górę i skierowałam się w stronę Samotnej Rzeki. Tylko tam mogłam pobyć chwilę w ciszy, spokoju i... samotności. Nigdzie indziej nie było mi lepiej. Tyle się wydarzyło od mojej ucieczki z zastępczego stada. Poznałam Lily, dołączyłam do Stada Wiecznego Życia, spotkałam Nigera, zostałam razem z nim porwana. Potem razem uciekliśmy i wróciliśmy cali i zdrowi do domu. Mimo tych wszystkich przeżyć ja wciąż nie umiałam dostrzec wielu rzeczy. Wciąż wolałam samotność i byłam niewzruszona wobec innych. Westchnęłam i pochyliłam się nad wodą. Zobaczyłam w niej, "klacz bez serca". Podniosłam głowę i obejrzałam się w stronę granic stada.
- Już jutro wszystko się zacznie - szepnęłam cicho
***
Było dość wcześnie. Słońce właśnie się budziło i ospale pojawiało się na niebie. Zapowiadał się cudowny dzień, lecz były to tylko mylne pozory. W powietrzu czuło się presję i niepokój. Wszyscy przygotowywali się do nadchodzącej walki. Zwiadowcy chodzili po terenach stada, aby ostrzec resztę w razie ataku. Ja byłam właśnie w jaskini medyków przy Nigerze.
- Odzyskałem już siły. Pozwól mi walczyć - mówił
- Nie mogę. A co jeśli coś ci się stanie? Nie mogę na to pozwolić. - odparłam
- Sode ma rację. Nie weźmiesz udziału w tej bitwie. - powiedziała stanowczo Li - To moje ostatnie słowo. - Niger chyba chciał coś dodać, ale usłyszeliśmy właśnie rżenie zwiadowcy. Razem z Li rzuciłyśmy się w stronę wyjścia ale zanim pobiegłam na zewnątrz odwróciłam się jeszcze w stronę Nigera
- Leż - powiedziałam ostro i wybiegłam. Na dworze czekał Lin, najlepszy wypatrujący w stadzie.
- Li, dostrzegłem kilka koni czających się w lesie nieopodal granic. - wydyszał
- Czekają na odpowiedni moment do ataku. - domyśliła się - Niech, absolutnie nikt nie porusza się od teraz sam. Każdy musi chodzić przynajmniej w dwuosobowych grupach.
- Tak jest - odparł ogier
- Musimy być gotowi na wszystko.
- Li! - usłyszałyśmy nagle. W naszą stronę pędził kolejny zwiadowca Bary
- Co się stało? - spytała alfa
- Niedaleko granic stada czeka grupa koni. Mówią że chcą z tobą rozmawiać. - Bary spojrzał na mnie i po chwili dodał - Z Shira... - spojrzałam na niego wrogo - To znaczy z Sode No Shirayuki też. - obejrzałam się na Li i kiwnęłam głową
- Idziemy. - gdy zbliżałyśmy się do granic już w oddali spostrzegłyśmy grupkę 7 lub 8 koni. A jednym z nich był...
- Diabel - stwierdziłam. Ten uśmiechnął się tylko. Podeszłyśmy bliżej
- Mam dzisiaj dobry humor więc dam wam jeszcze jedną ostatnią szansę. Poddajcie się a dobrze na tym wypadniecie
- Nigdy! Prędzej wybaczę mordercom moich rodziców niż razem ze stadem oddamy się w wasze kopyta. - odparłam stanowczo
- Cóż to była ostatnia szansa. Uważajcie bo przed zachodem słońca nic nie zostanie z tego waszego marnego stadka - odciął się złośliwie i odszedł. Patrzyłyśmy na nich jeszcze przez chwilę, aż w końcu przerwałam tę ciszę:
- Zaatakują w południe
- Skąd masz taką pewność? -spytała Li
- Przeżyłam już wojnę. - zaczęłam - Nie są to miłe wspomnienia ale zapamiętałam każdą jej sekundę. Nie była to taka delikatna wojna. Polało się mnóstwo krwi. Niewielu ocalało. Choć Stado Ognistej Pumy wygrało, zabraliśmy do grobu nie jednego Ognistego Konia. To była straszna bitwa - spuściłam głowę. Nagle poczułam na moim grzbiecie kopyto Li
- Nie jesteś sama - otworzyłam szerzej oczy, lecz nie ruszyłam się - Pozwól sobie pomóc. - pokręciłam tylko głową
- Ale...
- Potrzebujesz jej. Pamiętaj, nikt nie może walczyć sam. Wszyscy jesteśmy z tobą. - podniosłam z powrotem głowę i zobaczyłam oddalającą się Li. Od kiedy spotkałam Lily coraz większej liczbie koni na mnie zależało. Coraz więcej koni zaczęło ze mną rozmawiać. Lecz mimo to ja wciąż nie potrafiłam tego dostrzec. Wciąż byłam pusta i zimna, a przyjaźń była mi prawie obca. Li była tylko koleżanką. Przynajmniej tak mi się zdawało. Nie potrafiłam zrozumieć i zaakceptować uczuć które mi towarzyszyły. Były mi one obce, nieznane. I nic nie mogłam na to poradzić. Ja wciąż wierzyłam, że samotność to moje jedyne wyjście... Przez resztę czasu do południa błąkałam się po stadzie zastanawiając się nad tym co czeka mnie po wojnie. Było mi ciężko, ponieważ w mojej głowie przemieszczały się przelane krwią obrazy. Gdy słońce było już wysoko na niebie, cisza zastąpiła głuchym dźwiękiem kopyt. Nie wiem jak, kiedy ani gdzie. Bitwa nadeszła tak nagle. Po paru chwilach w naszym stadzie rozpętało się prawdziwe piekło. Nie wiedziałam jak to się odbije na mojej psychice, ale wiedziałam że tego dnia zapomnę o tym czego się nauczyłam. Nie myliłam się. Gdy w wirze walki znalazłam się nad Samotną Rzeką przez ułamek sekundy zdołałam dostrzec swoje odbicie w wodzie. To co tam zobaczyłam wstrząsnęło mną. Mój wzrok - był wzrokiem mordercy. Jednak po chwili kiedy znów ujrzałam się na chwilę w wodzie na mojej twarzy tuż po żądzy krwi zagościło przerażenie. Po sąsiedniej stronie rzeki walczył...
- Niger...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz