środa, 19 lutego 2014

Koniec

I tak dotarliśmy do ostatniego rozdziału "Klaczy, która chciała wybrać samotność". Ten pomysł pojawił się znikąd. Tak naprawdę skończyłam pisać całość kilka miesięcy temu, ale ciągle coś zmieniałam i poprawiałam :) . Mam nadzieję, że spodobała wam się moja "książka". Pamiętacie może jeszcze pierwszy rozdział? "Czy jest to smutna historia, czy raczej szczęśliwa, to już ocenicie sami." Tak więc stworzyłam specjalną ankietę. Będziecie mieli do wyboru tylko 2 odpowiedzi. Zastanówcie się, czy według was wszystko skończyło się szczęśliwie czy jednak śmierć No była przykra i bolesna. Opinie pozostawiam wam. Szczerze mówiąc, ja nie umiałabym zdecydować. Dla mnie Sode No Shirayuki to po prostu samotna klacz, która potrzebowała tylko trochę uczuć. Kilka osób zdołało uszczęśliwić Sode. Niger, Li i Lily. Niger dał No swoją miłość, Li wsparcie i zrozumienie, a Lily po prostu przyjaźń, mocniejszą niż cokolwiek innego na świecie. Nie wiem jak zinterpretujecie to wy. Jeśli chcecie coś skomentować lub spytać się mnie o coś wiecie gdzie można mnie znaleźć ( howrse.pl lub komentarz ). A teraz pozostało coś jeszcze. Uważam, że istnieją takie rzeczy które nie wymagają kontynuacji. Myślę też, że "Klacz, która chciała wybrać samotność" jest jedną z takich rzeczy. Chociaż kilka dni temu pomyślałam sobie, że może fajnie byłoby napisać coś jeszcze na ten temat, ta myśl szybko zniknęła. Lubię pisać różne historie. To mnie uspokaja i daje pewną satysfakcje. Od wielu, wielu tygodni zastanawiam się jaka będzie moja kolejna "książka". Na razie odpowiedź na to pytanie pozostaje mi nieznana. Myślę, że nie warto teraz się tym nękać. Tak nagle jak zaczęłam tworzyć świat Shirayuki, być może kiedyś znów, w najmniej niespodziewanym momencie wpadnę na jakiś błyskotliwy pomysł. Jeśli tak, na pewno was o tym powiadomię. Jednak póki co, będę czekać i zbierać pomysły :p
Do zobaczenia następnym razem
Wasza

24. Klacz z sercem

Ostatnie życzenie No spełniło się. Jej ostatnie słowa poruszyły wszystkie konie z obu stad. "Nie zapomnij". Nimi wyraziła całe swoje życie. Minęły trzy miesiące od jej śmierci. Każdy jeszcze długo opłakiwał No. Jedni głośno, drudzy po kryjomu, nocami, a jeszcze inni wyrażali swój smutek w ciszy. Ale mimo to każdy odczuwał wielki żal. Na swój sposób. Następnego dnia po śmierci mej przyjaciółki, Niger opowiedział jej historię Li, aby ona przekazała ją dalej. Ogier przeżywał stratę Shirayuki najbardziej ze wszystkich. Nigdy nie pogodził się ze śmiercią No. Ona była jego całym światem, on kochał ją ponad życie. Nie mógł zaakceptować tej bolesnej prawdy. Tak bardzo ją kochał. W chwili kiedy No uroniła swoją piątą łzę, Niger postanowił, że choćby wszyscy inni zapomnieli, on nie zapomni kim była dla niego No. Taki jest. Diabel spełnił prośbę Sode i zajął się Rosalią. Po zakończeniu wojny zrozumiał ile szkód wyrządził Stadu Wiecznego Życia. On i jego podwładni wspólnie pomagali przy porządkach w stadzie Li. Na szczęście okazało się że straty po obu stronach nie były wielkie, choć nie każdemu udało się przeżyć.
- Jak się trzymasz Li? - powiedział któregoś dnia Diabel. Klacz westchnęła
- Wciąż nie mogę się pogodzić z faktem że Sode... że już jej nie ma. Ale spokojnie ja jakoś sobie poradzę. Bardziej martwię się o niego - Li wskazała kopytem na karego ogiera siedzącego przy Samotnej Rzece - To on najbardziej ucierpiał podczas tej wojny - Diabel spuścił głowę
- To wszystko moja wina - powiedział - Gdybym tylko nie rozpoczynał tej głupiej wojny to ona... ona by żyła
- Nie obwiniaj się Diabel. Sode wiedziała że prędzej czy później ją to czeka. Słyszałeś te przepowiednie prawda? Tak musiało być. Ona na zawsze pozostanie w naszej pamięci. Umierając udowodniła, że nawet tacy jak ona mają w sobie uczucia. I że nawet ty możesz się zmienić - alfa uśmiechnęła się delikatnie do ogiera. Diabel spojrzał klaczy prosto w oczy
- Li, dziękuję. - klacz uśmiechnęła się.
- Nie, to ja dziękuję. Gdyby nie ty, nie zdołalibyśmy się podnieść na równe nogi.
- Ale to przecież przez nas... nie, przeze mnie znaleźliście się w tej sytuacji. - zdziwił się Diabel. Li znów się uśmiechnęła
- Dla mnie nie ma znaczenia co stało się kiedyś. Ważne jest tylko to co dzieje się teraz. - Diabel kiwnął głową. Przywódcy obu stad zamilkli. Sfrunęłam z gałęzi na której siedziałam i poleciałam nad Samotną Rzekę. Wylądowałam na grzbiecie Nigera. Ogier spojrzał na mnie i uśmiechnął się smutno. Jak ja dobrze znałam ten uśmiech
- Hej Lily. - Niger wciąż był zrozpaczony. Jego rany już dawno się zagoiły, chociaż nie wszystkie...
- Wybacz mała. Gdyby nie ja, teraz siedziałabyś na grzbiecie Sode, a nie na moim.
- Nie mam ci tego za złe - powiedziałam, ale Niger nie mógł mnie zrozumieć. Uniosłam się z powrotem w powietrze i westchnęłam. Ogier również wstał i poszedł w swoją stronę. Zapewne czuł się winny temu co się stało. Mimo iż wszyscy powtarzali że nie miał z tym nic wspólnego. Mi też było ciężko. Choć wiedziałam, że któregoś dnia tak się stanie, że nie zniknę z tego świata na równi z No. Ja też byłam smutna. Poleciałam trochę wyżej i popatrzyłam z góry na miejsce w którym zazwyczaj przesiadywała, a z którego przed chwilą zszedł Niger. Unosiłam się nad nim, lecz nie wylądowałam. Trzepotałam skrzydełkami delikatnie i spokojnie. Od śmierci Sode śnieg nawet na chwilę nie przestał sypać. To pokazało jak bardzo No była kochana przez świat. Śniegiem padającym w lecie, ziemia chciała podziękować za wszystko co No zrobiła. Następnego dnia znów przyleciałam nad Samotną Rzekę. To był ostatni raz kiedy ją widziałam. Czułam że jeśli coraz bardziej będę wspominać No, tym bardziej będzie ją to bolało. Tego dnia kiedy po raz ostatni ujrzałam Samotną Rzekę, odeszłam. Nie wiedziałam dokąd się kierować, ani ile będę leciała. Może zdarzy się, że kiedyś spotkam jakąś samotną klacz, która będzie potrzebowała wsparcia innych. Być może będzie ona pusta i zamknięta w sobie, albo po prostu samotna i opuszczona. Zostanę z nią wtedy i na nowo nauczę cenić życie.

***

Jest jeszcze jedna rzecz której wam nie powiedziałam. Z pewnych źródeł dowiedziałam się, że na cześć No powstał przy Samotnej Rzece lodowy pomnik upamiętniający jej wierność i oddanie. Tak aby na zawsze pozostała w naszych sercach, a jej historia była przekazywana z pokolenia na pokolenie, tak aby już nikt nigdy o niej nie zapomniał. Po tych wydarzeniach Niger nie był już taki jak dawniej. Coraz więcej czasu spędzał nad Samotną Rzęką, miejscu, które tyle znaczyło dla No. Już nigdy nie okazał żadnej klaczy tego samego uczucia co Sode. On po prostu nie chciał o niej zapmnieć. Nigdy. Sode No Shirayuki była wyjątkową klaczą. Przez całe swoje życie była nazywana "Klaczą bez serca" . Zimna, pusta, samotna. To były pierwsze słowa które przychodziły na myśl tym którzy usłyszeli o niej po raz pierwszy. Lecz przy bliższym poznaniu ona wcale nie była taka jaką się wydawała. Tylko nieliczni mogli dostrzec że poprzez "samotność" No chciała ochronić tych których kochała i ochronić samą siebie przed bólem który wiąże się ze stratą bliskich osób. Nawet Shirayuki o tym nie wiedziała. Jedną z osób, które to odkryły byłam ja. Dzięki temu co No przeżyła w dzieciństwie stała się taka jaka jest. Nic na to nie poradzimy. Jednak w głębi serca No jest naprawdę wyjątkowa. A dzięki temu że żyła, zanim umarła dała wszystkim koniom na świecie nadzieję i wiarę w to że zarówno konie jak i ludzie mogą się zmienić na lepsze. Wystarczy tylko im pomóc i dać powód do życia. To prawda że istnieją rany tak głębokie, które nawet po zagojeniu pozostawiają trwałe i bolesne blizny. Jedną z takich blizn przez całe życie nosiła na sercu No. To dlatego pomimo chęci i wytrwałości nie mogła zaufać innym na tyle, na ile by chciała. Ale nawet z tą blizną, która pozostawiła po sobie wyraźny ślad, Sode umiała się zmienić. Chociaż po części, udowadniając, że każdy z nas ma w sobie choćby cień światła. I właśnie dlatego po jej śmierci, nikt nie nazywa ją już "Klaczą bez serca". Shirayuki stała się symbolem nadziei na lepsze życie. Symbolem, który wszyscy tak mocno kochali. A kiedy jakieś zabłąkane konie zawędrują nad Samotną Rzekę, na jej drugim brzegu zobaczą lodową rzeźbę. Spojrzą na nią, uśmiechną się i powiedzą:
- Tak, to Klacz z sercem. Klacz, która podbiła świat.

Sode No Shirayuki - Klacz z sercem. Ta lodowa rzeźba, stoi w Stadzie Wiecznego Życia przy Samotnej Rzece, aby uczcić pamięć klaczy, która chciała wybrać samotność, a która jednak wybrała miłość i poświęcenie. Nie stopnieje ona dopóty, dopóki istnieje choć jeden koń, który o niej pamięta.

środa, 12 lutego 2014

23. Śnieg i przepowiednia

Tak szybko przemija życie. Rodzisz się, żyjesz, umierasz. To niepodważalna zasada istniejąca na tym świecie. Nie ma czegoś takiego jak nieśmiertelność. Próba szukania jej, jest przejawem tchórzostwa. Coraz więcej ludzi i koni zapomina o tym. Na każdego przychodzi czas. Na jednych szybciej na innych później, ale każdy kiedyś umrze. Jednak nawet jeśli śmierć przychodzi tak nagle, a życie się kończy nie oznacza to naszego końca. Każdy ma na tym świecie jakieś zadanie do wypełnienia. Każde jest tak samo ważne. Każdy na tym świecie żyje dla jakiegoś celu. Ja, w końcu go odkryłam.
- Ni... ger - szepnęłam
- Sode... jestem tu. Spokojnie wydobrzejesz. Jakoś cię uleczymy - Niger dramatycznie próbował szukać wyjścia z sytuacji, lecz ja wiedziałam. Pokręciłam przecząco głową
- To już koniec. - ogier spojrzał na mnie zrozpaczony
- Co ty mówisz? Jaki koniec. Na pewno jutro będzie lepiej
- Ja już nie dożyje jutra - ta myśl nie przeraziła mnie. Nie odczuwałam niepokoju, tylko smutek. Jak będą się czuli inni po moim odejściu?
- Nie... nie... nie... - powtarzał Niger. W chwili kiedy zostałam zraniona wiele koni przestało walczyć. Wiele zrozumiało, że powód tej wojny powoli gaśnie. Bitewna wrzawa ustępowała. Pośród zbierającego się wokół mnie tłumu zdołałam dostrzec Li. Miała oczy we łzach
- Li... - szepnęłam - Czemu płaczesz? - klacz podeszła do mnie przerażona
- Sode, ty... krwawisz... - przekręciłam głowę i dostrzegłam powiększającą się kałuże krwi. Cios, który miał zabić Nigera zranił mnie w lewy bok.
- Nie szkodzi. - powiedziałam i uśmiechnęłam się słabo - To nic. Li. Wybacz - klacz spojrzała mi w oczy
- To ja powinnam przeprosić. Jestem alfą. Moim zadaniem jest ochrona stada. A ja... - pokręciłam przecząco głową
- Nie, mylisz się. To ja powinnam cię przeprosić. O wiele wcześniej. Powinnam przeprosić i... podziękować. Kiedy przygarnęłaś mnie do swojego stada, nie umiałam się w nim odnaleźć. Wiele koni traktowałam z pogardą i byłam wobec nich okrutna - tu spojrzałam na Nole. Była pierwszą klaczą która powitała mnie w Stadzie Wiecznego Życia - Nie dostrzegałam tego, ale taka jest prawda. Przepraszam również za to że nie umiałam wyznać ci prawdy. Ty... naprawdę wiele dla mnie znaczysz. Dziękuje że otworzyłaś mi serce. - Li znów spłynęło kilka łez - Nie smuć się. Prędzej czy później każdego kiedyś to spotka.
- Sode...
- Was też muszę przeprosić - zwróciłam głowę w stronę koni ze Stada Wiecznego Życia - Nie umiałam się zmienić.
- Sode No Shirayuki... Ja... To nic. - powiedziała Nola
- My zawsze wiedziałyśmy że w głębi serca taka nie jesteś - odparła Casidi - Kiedy ruszyłaś na pomoc Nigerowi zdradziłaś że nie jesteś taka bezduszna jak myśleliśmy - uśmiechnęłam się do nich. Tak wiele razy miałam okazję aby z nimi porozmawiać. Pośmiać się, zaprzyjaźnić... A ja tę szansę zmarnowałam. Na mój policzek spłynęła łza. Spojrzałam w górę. Niger płakał.
- Niger...
- Sode ja... to ja powinienem tu teraz leżeć, a nie ty. Poświęciłaś się dla mnie
- Nie mogłam siedzieć bezczynnie. Wiesz o tym. - ogier kiwnął głową - Każdego czeka taki los. Ważne żeby dobrze wykorzystać czas który nam daje. Nie rozumiałam tego. Przez tyle lat byłam samotna, a wystarczyło wyciągnąć kopyto. Wybacz że tak długo cię odtrącałam. Nie wiedziałam że można żyć inaczej. Od śmierci moich rodziców przestałam być sobą. To nie jestem prawdziwa ja. Gdyby nie cała ta wojna pomiędzy "lodem a ogniem" moje życie wyglądałoby teraz zupełnie inaczej.
- Sode No Shirayuki - usłyszałam. Był to tak dobrze mi znany głos
- Diabel... - ogier wyszedł spośród tłumu koni i spuścił głowę
- Ja... słyszałem co powiedziałaś. Muszę cię przeprosić. Nie wiedziałem, że wyrządzam ci taką krzywdę. Zawsze brałem wszystko co chciałem i nie rozumiałem uczuć innych. Wybacz. Na pewno przysporzyłem ci mnóstwo kłopotów.
- Nie przeczę. Ale to że przyznałeś się do błędu wiele dla mnie znaczy. W ramach przeprosin mam do ciebie jedną prośbę. Chodzi o Rosalię. Domyślam się, że nie miała łatwego dzieciństwa - Diabel kiwnął potwierdzająco głową - Jeszcze nie jest dla niej za późno. Wciąż jest młoda. Ale ona potrzebuje matki. Mądrej, odpowiedzialnej. Takiej która poświęci jej dużo czasu i obdarzy miłością. Proszę, nie pozwól żeby wybrała tę samą ścieżkę co ja. Samotność nie jest rozwiązaniem.
- Obiecuje.
- Dziękuje. Uwierz mi tak będzie dla niej najlepiej. Ty też musisz jej poświęcić więcej uwagi. To dobra dziewczyna. Ale jeśli dalej będzie kroczyła tą drogą nie będzie szczęśliwa. Ona nie jest usłana różami. Sama się o tym doskonale przekonałam. Wybierając taki tryb życia opuściły mnie wszelkie uczucia. Straciłam swoją szanse. Dla mnie nie ma już nadziei, ale ją wciąż można uratować. Długo szukałam celu mojej podróży, a w końcu gdy dobiegł jej kres znalazłam go. Gdy nareszcie poznałam odpowiedź na pytanie które dręczyło mnie tak długo, nie pozostaje mi nic innego jak po prostu się poddać. - pokręciłam przecząco głową - Nie. Ja nigdy się nie poddam. Wciąż będę z tym walczyć dopóki nie braknie mi sił. To jest sens mojego życia. Nadzieja. Właśnie ją miałam podarować światu. Wierzę, że mi się udało. - wszelkie walki ucichły. Całe stado pogrążyło się w ciszy.
- Sode... Nie chce żebyś odeszła - Niger ciężko przeżywał poznaną prawdę - Ty... ty...nie możesz odejść. Co ja bez ciebie zrobię? - spojrzałam mu prosto w oczy. Były przepełnione bólem. Smucił się z mojego powodu. Uśmiechnęłam się smutno i odparłam:
- Będziesz żył dalej. Po prostu żyj i żyj tak, aby przeżyć. Proszę, nie smuć się. Jeśli będziesz się zamartwiał to i mnie będzie ciężko. Wiem że nie byliśmy razem zbyt długo, ale cieszę się z każdej chwili spędzonej wspólnie z tobą. Każda sekunda była na wagę złota. To że mogłam żyć z tobą było... dziękuje.
- Dziękuje - szepnął Niger
- Lily - jak na komendę nad moją głową pojawiła się Lily. Powoli i stopniowo zaczęło się ochładzać, aż w końcu z nieba spadły pierwsze płatki śniegu.
- No
- Lily, dziękuje. - nie potrzebowałam wielu słów aby wyrazić Lily co czuję. To dzięki niej jestem teraz tu gdzie jestem. Dzięki niej mogłam spotkać konie takie jak Li czy Niger. Słowa mogą bardzo zaboleć. Jedno słowo może zmienić cały twój świat. Są również takie słowa, które zastępują wszystkie inne. Powoli zaczynało brakować mi sił. Coraz ciężej mi się oddychało. Z trudem mogłam zachować przytomność. Rana była głęboka i zbyt dotkliwa aby o niej zapomnieć. I ta na moim ciele i ta na moim sercu. Śnieg sypał coraz mocniej, ale nikomu nie robił krzywdy. Śnieżnobiałe płatki śniegu zaczęły opadać wokół mnie, na moją ranę i wszystko dookoła. Ostatni raz spojrzałam na Nigera i ostatkiem sił wyszeptałam
- Nie zapomnij. - powoli opadały mi powieki. Nie mogłam dłużej wytrzymać. Ostatni raz poczułam powiew wiatru, ostatni raz usłyszałam chlupot wody w Samotnej Rzece. I ostatni raz w całym moim życiu spłynęła mi po policzku łza. Ostatnia łza Śnieżnego Konia.

środa, 5 lutego 2014

22. Poświęcenie

Żyj lub giń. Taka jest zasada wojny. Jedyna jaka istnieje. Każdy wkraczając na pole bitwy musi się liczyć z konsekwencjami tej decyzji. Walka stawała się coraz bardziej zacięta. Pomimo wielu strat żadna ze stron nie chciała się poddać. Wszyscy walczyli do ostatniej kropli krwi. Jednak po tak długiej bitwie konie zaczynały powoli tracić siły. Niektórzy starali się unikać zabijania lecz ja pokonałam już mnóstwo wrogów. Nie miałam dla nikogo litości. Pomogłam także wielu koniom z mojego stada, lecz oni byli bardziej przerażeni niż wdzięczni. W miarę jak walka stawała się groźniejsza i bardziej zacięta ja traciłam resztki uczuć. Byłam bezwzględna, okrutna i przede wszystkim... żądna krwi. Nawet gdy próbowałam być miła moje oczy zdawały się mówić coś zupełnie innego. Były puste i zimne. Raz za razem powalałam przeciwników na ziemie. Wiele razy próbowali mnie okrążyć lecz za każdym razem byłam sprytniejsza od nich. Jednak pomimo szalejącej burzy w moim sercu, pamiętałam o Nigerze. Co chwilę na niego zerkałam. Widziałam że był już zmęczony. Jego rany nie zagoiły się całkowicie. Bałam się że mogą mu się otworzyć więc nie odstępowałam go nawet na krok. Ogier starał się to ukryć lecz ja dobrze wiedziałam co się dzieję. W trakcie walki wszystko może się zdarzyć. Byłam na to gotowa. Ale straciłam grunt pod nogami kiedy ujrzałam Diabela. W jednej sekundzie zapomniałam o całym świecie. Szłam prosto na niego. Popychałam i odtrącałam inne konie. Myślałam tylko o jednym. O nim. W końcu ogier dostrzegł mnie i uśmiechnął się złośliwie. Stanęłam na przeciw niemu. Patrzyłam w jego pozbawioną skrupułów twarz. Milczałam
- Mam nadzieję że wojna ci się podoba. To mój prezent weselny dla ciebie. Wiem jak przepadasz za zapachem krwi. - Diabel zaśmiał mi się w twarz
- Nadal marzysz że ci się poddam?
- Ja to wiem kochana. Taki jest twój los, twoje przeznaczenie - na słowo przeznaczenie coś we mnie wybuchło. Poczułam przeszywający mnie ból i cierpienie. Czułam całą rozpacz jaką doznałam w całym moim życiu. Spuściłam łeb, zamknęłam oczy i odezwałam się cicho
- Ty...  ty... nie masz pojęcia... nie masz pojęcia co ja przeszłam. Nic, a nic o mnie nie wiesz... traktujesz mnie jak jakiś przedmiot... jak jakiś nic nie warty śmieć... - powoli podniosłam głowę i otworzyłam oczy - I ty śmiesz mówić o moim przeznaczeniu?
- Moja droga po co te nerwy - Diabel zaczął się cofać w stronę zagłębienia przy wielkiej skale naprzeciw Samotnej Rzeki. Szedł prosto w pułapkę
- Jak śmiesz?! Ty nic nie rozumiesz! Nigdy nikogo nie kochałeś, nigdy nikogo nie pocieszałeś. Skąd ty możesz o mnie cokolwiek wiedzieć?!
- Uwierz mi wiem aż za dużo. - ogier obejrzał się dookoła, i uśmiechnął lekko. Nie zwróciłam na to uwagi - Wiem o tobie absolutnie wszystko co trzeba mi wiedzieć i wiem również że jesteś bardzo łatwowierna
- O co ci... - w tamtym momencie zrozumiałam że to nie Diabel wpadł w pułapkę, lecz ja sama. Spojrzałam się szybko w obie strony. Zewsząd zaczęły mnie otaczać konie Diabela.
- Podoba się? Domyślałem się że nie tak łatwo cię obejść więc postanowiłem zajść cię od tyłu.
- To nieuczciwe zagranie
- Widzę że ty kompletnie nie znasz życia. Na wojnie wszystkie ruchy dozwolone - odparł ogier ze śmiechem
- Hej, kopę lat Sode - zarżałam. Poznałam ten głos. To była Rosalia
- Moja droga, jak ty się zwracasz do przyszłej matki? Przecież wiesz, że nie lubi jeśli nie zwracać się do niej pełnym imieniem
- Tak ojcze - Rosalia skłoniła się Diabelowi. Ja zaś obejrzałam się na niego ze zdziwieniem
- Och nie powiedziałem ci? Otóż kiedy już będziesz moja Rosalia stanie się twoją drogą córeczką. W końcu to także moja córka.
- Moja matka nigdy nie była zbyt mądra. Nigdy jej nie lubiłam. Kiedy ojciec ją zabił poczułam się jakby kamień spadł mi z serca. Wkrótce potem powiedział że ma na oku inną klacz, która idealnie nadaje się do stanowiska samicy alfa Stada Mrocznych Tajemnic. Nie chciałam ci nic mówić. To miała być niespodzianka. Kiedy tylko cię zobaczyłam od razu wiedziałam że będziesz lepszą matką niż Sandra. - słowa Rosalii wzbudziły we mnie odrazę do Diabela. Jak ona mogła mówić tak o własnej matce? Byłam pewna że to sprawka jej ojca.
- Nie cieszysz się? Razem z Rosalią będziemy stanowić rodzinkę. Przygotuj się.
- Za nic.
- Słucham?
- Nigdy nie będziemy żyć razem. Moje serce należy już do innego. Nie zmienisz tego choćbyś nie wiem jak się starał. Pogódź się z tym. A ja po prostu będę szła dalej. - postanowiłam położyć wszystko na jedną kartę. Zebrałam się w sobie i w jednej chwili powaliłam 3 konie.
- Do ataku! - krzyknął Diabel - Jeśli aż tak bardzo będziesz się opierać, zmuszę cię siłą! - byłam świetnie wyszkolona do walki przez samo życie. Mój charakter kształtowało cierpienie. Musiałam podjąć wiele trudnych decyzji. Mimo to wiedziałam że tamci mieli przewagę liczebną. Nie zamierzałam się jednak poddać. Diabel wysyłał na mnie wciąż nowych wojowników. Powoli zaczynałam się męczyć. Właśnie zaszarżowałam pokonując kolejnego przeciwnika gdy zobaczyłam jak kilka metrów dalej Niger walczył na śmierć i życie z innym koniem. Ogarnęło mnie jeszcze większe przerażenie gdy dostrzegłam jak Niger upada. Był ranny. Krwawił. Szybko rozejrzałam się dookoła. Nie miałam drogi ucieczki. Gdybym tylko mogła się do niego dostać. Gdybym tylko nie poszła wtedy za Diabelem. Zamknęłam oczy. Przez chwilę byłam gotowa się poddać, byleby tylko Niger był bezpieczny. Byłam zrozpaczona, gdy wtem ktoś przypomniał mi co muszę zrobić.
- Sode No Shirayuki. - otworzyłam gwałtownie oczy. Przede mną pojawiła się Lily - Tylko nie mów że chcesz się poddać? Tyle przeszłaś. Chyba nie chcesz do końca życia żyć z Diabelem bez osób które naprawdę kochasz? Wierzę że dasz radę. Ty też musisz uwierzyć! Nie pozwól aby w twoim sercu znów pojawił się ten ból. Ocal go. Uratuj tego, który uratował ciebie.
- Lily... - spojrzałam na Nigera, był na granicy życia i śmierci. Potężny ogier szykował się do ostatecznego ataku. - Jestem gotowa. - Lily uśmiechnęła się smutno i tym razem nie wleciała do mojej grzywy. Poleciała w górę. Czuwała nade mną. Wiedziała, że to już koniec. Wyprężyłam się. Zebrałam całą swoją odwagę, całą siłę jaka mi została i... skoczyłam. Ten skok przesądził o moim przeznaczeniu. Przypieczętowałam nim swój los. To właśnie przez ten skok jestem teraz tu gdzie jestem. Do końca mojego życia byłam wdzięczna Lily za słowa które wypowiedziała i bez których nie skoczyłabym. To właśnie dzięki niej mogłam uratować tego, którego tak kocham.
- Nooooo!!!

środa, 29 stycznia 2014

21. Życie

- Niger, co ty tu robisz? - wrzasnęłam, próbując przekrzyczeć bitewną wrzawę - Kazałam ci się schować! - ogier obejrzał się na mnie. Widziałam że nie był w dobrej formie. Wciąż był cały obolały i posiniaczony po spotkaniu z Diabelem. Przedarłam się przez tłum walczących i przekroczyłam Samotną Rzekę stając na przeciw Nigerowi
- Co ty sobie myślisz?! Miałeś zostać i odpoczywać! - ogier spuścił głowę myślałam, że żałuję tego co zrobił jednak było zupełnie inaczej. Kiedy na mnie spojrzał w jego oczach nie było widać nawet krzty wahania.
- Wybacz, ale nie mogłem tak siedzieć bezczynnie podczas gdy inni ryzykują życie. - stałam zastanawiając się co mu odpowiedzieć. Był taki pewny siebie. Czuł że nie może postąpić inaczej. A ja? Pełna nienawiści, goryczy i wściekłości. Byłam przepełniona samotnością i obojętnością zaś w swoim sercu nosiłam tylko pustkę. Jednak nie zawsze tak było. Trzy lata temu byłam źrebakiem przepełnionym wielkimi nadziejami i planami. Taka beztroska i niewinna. Lecz mimo to wiele koni czyhało na moje życie. Moi rodzice bardzo się o mnie bali. W trosce o moje życie, zamykali mnie w naszej jaskini otoczonej przez całą masę strażników. Cały czas siedziałam bezczynnie myśląc czemu nie mogę iść się pobawić na zewnątrz. Wiem że to nie była wina mojego ojca, ani matki ale już wtedy zaczęłam stawać się taką jaka jestem dziś. Była to wina wojny. To ona ostatecznie przesądziła o mym losie. Ja nie miałam nic do powiedzenia w tej sprawie. Dzień w dzień odcięta od świata zaczęła mnie dręczyć nuda i... samotność. Mnie, klacz, która chciała ją wybrać, dręczyła mnie. Dopiero po wojnie zaczęłam się oddalać od innych. Kiedy wylazłam z wielkiej dziupli gdzie schowała mnie moja matka, ziemia zalana była krwią, a w powietrzu wciąż można było wyczuć ten strach, pot i łzy. Chodziłam po tak dobrze znanych mi terenach, ale jednak czułam się niepewnie i nieswojo. Kraina Lodu, najpiękniejsza zimowa kraina była nie do poznania. Ogniste Konie doszczętnie ją zniszczyły. Im bardziej zagłębiałam się w tereny tym bardziej się bałam. Tym więcej martwych koni leżało na ziemi. I tym bardziej moje serce stawało się zimniejsze od lodu. Jaki źrebak nie zwariowałby widząc tyle cierpienia? I jakiemu źrebakowi nie ugięłyby się kolana widząc martwe ciała swoich rodziców? Tak też stało się ze mną. Pełna rozpaczy i bólu skuliłam się na ziemi. W tej krwi wyglądałam jak maleńka wyspa na środku wielkiego morza cierpienia. Czas przestał mieć dla mnie znaczenie. Przestałam reagować na wszystko dookoła. Mój umysł pogrążył się w rozpaczy. Nie wiem ile tak tam siedziałam. Bez ruchu, bez jedzenia, bez picia, bez snu, bez jakichkolwiek znaków życia. Nie wiadomo co by się ze mną stało gdyby nie pewna klacz, która akurat tamtędy przechodziła. Nazywała się Diana. Rozglądała się wszędzie dookoła. Była przerażona. Kiedy tylko mnie zobaczyła podbiegła natychmiast i zajęła się mną.
- Kochana co ty tutaj robisz? Gdzie twój dom? Gdzie twoi rodzice?
- Ja... już nie mam domu... - były to jedne z niewielu słów które wypowiedziałam, gdy zajęła się mną Diana. Rzadko się odzywałam, rzadko przebywałam w towarzystwie innych. Nigdy się nie uśmiechałam. Klacz zaprowadziła mnie do swojego stada. Nie tylko ona przejęła się mną i moją historią. Lecz jak wcześniej mówiłam, nigdy nikomu nic nie powiedziałam. Każdy koń był przerażony opowieścią Diany i tym gdzie mnie znalazła. Tymczasem ja, zamiast przerażenia czułam już pustkę. Mój wzrok mówił, jakby już na niczym mi nie zależało. Lecz jednak w tych oczach ukryta była iskra, która objawiła się w chwili mojej śmierci.
- Proszę Sode - szepnął Niger. Jego słowa wyrwały mnie z zamyślenia. Jeszcze raz spojrzałam mu prosto w oczy. Większość koni chyba zemdlałaby patrząc na mnie w tej chwili, lecz on był nieugięty. Westchnęłam
- Niger. - zaczęłam - Wiesz że cię kocham. Nie chce cię stracić. Dlatego masz mnie nie odstępować nawet na krok zrozumiano?
- Tak jest! - na twarzy Nigera zagościł uśmiech
- Ale jeśli tak, to mam dla ciebie pewną bardzo przydatną radę - powoli cofnęłam się o kilka kroków, wyprężyłam się i skoczyłam nad głową Nigera prosto na jednego z wojowników Diabela - Skup się na walce.
- Jasne... - odparł Niger z nutką wdzięczności w głosie.

środa, 22 stycznia 2014

20. Walka

- Niger, nie możesz. Wciąż jesteś osłabiony. - powiedziała Li. Byliśmy właśnie w jaskini medyków gdzie przebywał Niger. Jego rany nie były śmiertelne, ale był bardzo słaby. Powiedział, że Diabel chciał o mnie wiedzieć jak najwięcej i wyciągnąć informacje o Stadzie Wiecznego Życia. Li została zabrana do innej jaskini z Rosalią. Kiedy ona była zajęta wykorzystała okazję i uciekła jej. Kiedy usłyszałam jak rozprawiała się ze strażnikami na zewnątrz użyłam moich mocy i przekazałam jej wiadomość aby mi pomogła. Dzięki temu uratowała mnie i Nigera.
- Proszę Niger. Musisz się oszczędzać. - poprosiłam
- Ale nie mogę tak tu siedzieć i nic nie robić. - następnego dnia po naszej ucieczce, Diabel wysłał do nas posłańców z wiadomością o wojnie którą nam wypowiedział. Od tamtej chwili Niger nie mógł usiedzieć w miejscu. Zresztą nie tylko on był niespokojny. Wszyscy przygotowywaliśmy się na ostateczną bitwę. Mimo iż Li i reszta stada zapewniali mnie, że to nie moja wina ja wciąż uważałam że powinnam odejść.
- Idę się przejść - oznajmiłam
- W porządku - powiedziała Li - ale... wróć - spojrzałam na nią i na Nigera, kiwnęłam głową i wyszłam. Słońce chyliło się powoli ku zachodowi. Spojrzałam w górę i skierowałam się w stronę Samotnej Rzeki. Tylko tam mogłam pobyć chwilę w ciszy, spokoju i... samotności. Nigdzie indziej nie było mi lepiej. Tyle się wydarzyło od mojej ucieczki z zastępczego stada. Poznałam Lily, dołączyłam do Stada Wiecznego Życia, spotkałam Nigera, zostałam razem z nim porwana. Potem razem uciekliśmy i wróciliśmy cali i zdrowi do domu. Mimo tych wszystkich przeżyć ja wciąż nie umiałam dostrzec wielu rzeczy. Wciąż wolałam samotność i byłam niewzruszona wobec innych. Westchnęłam i pochyliłam się nad wodą. Zobaczyłam w niej, "klacz bez serca". Podniosłam głowę i obejrzałam się w stronę granic stada.
- Już jutro wszystko się zacznie - szepnęłam cicho

***

Było dość wcześnie. Słońce właśnie się budziło i ospale pojawiało się na niebie. Zapowiadał się cudowny dzień, lecz były to tylko mylne pozory. W powietrzu czuło się presję i niepokój. Wszyscy przygotowywali się do nadchodzącej walki. Zwiadowcy chodzili po terenach stada, aby ostrzec resztę w razie ataku. Ja byłam właśnie w jaskini medyków przy Nigerze.
- Odzyskałem już siły. Pozwól mi walczyć - mówił
- Nie mogę. A co jeśli coś ci się stanie? Nie mogę na to pozwolić. - odparłam
- Sode ma rację. Nie weźmiesz udziału w tej bitwie. - powiedziała stanowczo Li - To moje ostatnie słowo. - Niger chyba chciał coś dodać, ale usłyszeliśmy właśnie rżenie zwiadowcy. Razem z Li rzuciłyśmy się w stronę wyjścia ale zanim pobiegłam na zewnątrz odwróciłam się jeszcze w stronę Nigera
- Leż - powiedziałam ostro i wybiegłam. Na dworze czekał Lin, najlepszy wypatrujący w stadzie.
- Li, dostrzegłem kilka koni czających się w lesie nieopodal granic. - wydyszał
- Czekają na odpowiedni moment do ataku. - domyśliła się - Niech, absolutnie nikt nie porusza się od teraz sam. Każdy musi chodzić przynajmniej w dwuosobowych grupach.
- Tak jest - odparł ogier
- Musimy być gotowi na wszystko.
- Li! - usłyszałyśmy nagle. W naszą stronę pędził kolejny zwiadowca Bary
- Co się stało? - spytała alfa
- Niedaleko granic stada czeka grupa koni. Mówią że chcą z tobą rozmawiać. - Bary spojrzał na mnie i po chwili dodał - Z Shira... - spojrzałam na niego wrogo -  To znaczy z Sode No Shirayuki też. - obejrzałam się na Li i kiwnęłam głową
- Idziemy. - gdy zbliżałyśmy się do granic już w oddali spostrzegłyśmy grupkę 7 lub 8 koni. A jednym z nich był...
- Diabel - stwierdziłam. Ten uśmiechnął się tylko. Podeszłyśmy bliżej
- Mam dzisiaj dobry humor więc dam wam jeszcze jedną ostatnią szansę. Poddajcie się a dobrze na tym wypadniecie
- Nigdy! Prędzej wybaczę mordercom moich rodziców niż razem ze stadem oddamy się w wasze kopyta. - odparłam stanowczo
- Cóż to była ostatnia szansa. Uważajcie bo przed zachodem słońca nic nie zostanie z tego waszego marnego stadka - odciął się złośliwie i odszedł. Patrzyłyśmy na nich jeszcze przez chwilę, aż w końcu przerwałam tę ciszę:
- Zaatakują w południe
- Skąd masz taką pewność? -spytała Li
- Przeżyłam już wojnę. - zaczęłam - Nie są to miłe wspomnienia ale zapamiętałam każdą jej sekundę. Nie była to taka delikatna wojna. Polało się mnóstwo krwi. Niewielu ocalało. Choć Stado Ognistej Pumy wygrało, zabraliśmy do grobu nie jednego Ognistego Konia. To była straszna bitwa - spuściłam głowę. Nagle poczułam na moim grzbiecie kopyto Li
- Nie jesteś sama - otworzyłam szerzej oczy, lecz nie ruszyłam się - Pozwól sobie pomóc. - pokręciłam tylko głową
- Ale...
- Potrzebujesz jej. Pamiętaj, nikt nie może walczyć sam. Wszyscy jesteśmy z tobą. - podniosłam z powrotem głowę i zobaczyłam oddalającą się Li. Od kiedy spotkałam Lily coraz większej liczbie koni na mnie zależało. Coraz więcej koni zaczęło ze mną rozmawiać. Lecz mimo to ja wciąż nie potrafiłam tego dostrzec. Wciąż byłam pusta i zimna, a przyjaźń była mi prawie obca. Li była tylko koleżanką. Przynajmniej tak mi się zdawało. Nie potrafiłam zrozumieć i zaakceptować uczuć które mi towarzyszyły. Były mi one obce, nieznane. I nic nie mogłam na to poradzić. Ja wciąż wierzyłam, że samotność to moje jedyne wyjście... Przez resztę czasu do południa błąkałam się po stadzie zastanawiając się nad tym co czeka mnie po wojnie. Było mi ciężko, ponieważ w mojej głowie przemieszczały się przelane krwią obrazy. Gdy słońce było już wysoko na niebie, cisza zastąpiła głuchym dźwiękiem kopyt. Nie wiem jak, kiedy ani gdzie. Bitwa nadeszła tak nagle. Po paru chwilach w naszym stadzie rozpętało się prawdziwe piekło. Nie wiedziałam jak to się odbije na mojej psychice, ale wiedziałam że tego dnia zapomnę o tym czego się nauczyłam. Nie myliłam się. Gdy w wirze walki znalazłam się nad Samotną Rzeką przez ułamek sekundy zdołałam dostrzec swoje odbicie w wodzie. To co tam zobaczyłam wstrząsnęło mną. Mój wzrok - był wzrokiem mordercy. Jednak po chwili kiedy znów ujrzałam się na chwilę w wodzie na mojej twarzy tuż po żądzy krwi zagościło przerażenie. Po sąsiedniej stronie rzeki walczył...
- Niger...

środa, 15 stycznia 2014

19. Nadciąga bitwa

Słowa Lily dodały mi odwagi. Postanowiłam jak najszybciej uratować Nigera. Lily zadowolona z mojej decyzji schowała się w mojej grzywie, a ja pogalopowałam w stronę granic stada. Kiedy byłam już blisko na drogę nieoczekiwanie wyskoczyła mi Li. Nic nie mówiła, nic nie robiła tylko stała i patrzyła na mnie. W milczeniu.
- Li. - powiedziałam nagle - Postanowiłam - patrzyłam alfie prosto w oczy. A Li dalej milczała. Po pewnym czasie uśmiechnęła się
- Najwyższy czas - szepnęła - Widzę to w twoich oczach. Jeszcze nigdy nie miałaś takiego spojrzenia.
- To znaczy?
- Zawsze chodzisz z tym samym obojętnym wzrokiem lekceważąc wszystko i wszystkich. Być może to dlatego inni postrzegają cię jako "klacz bez serca". Ten zimny i samotny wzrok w pewnym momencie stał się twoim znakiem rozpoznawczym. Jednak cieszę się że w końcu się to zmieniło. - uśmiechnęłam się. Byłam wdzięczna Li za pomoc i wsparcie
- A więc chodźmy uratować Nigera. - nie zastanawiałyśmy się długo. Li nie chciała martwić stada więc nikomu nie powiedziała dokąd idziemy, a ja również chciałam jak najszybciej znów ujrzeć mojego ukochanego. Znów usłyszeć jego głos i znów poczuć jego miłość. To była długa droga. A dłużyła mi się bardziej niż jakakolwiek inna. Tak bardzo martwiłam się o Nigera. Przez cały czas myślałam tylko o nim. Bałam się.

***

- Hej Sode - szepnęła Li. Potrząsnęłam głową i spojrzałam na klacz.
- Ach tak wybacz, zamyśliłam się. - skradałyśmy się powoli za krzakami. Byłyśmy na terenie wrogiego stada. Wokół roiło się od koni ze Stada Mrocznych Tajemnic. Cudem udało się nam niepostrzeżenie wtargnąć na ich terytorium, ale tu zabawa już się skończyła.
- Sode, co robimy dalej? Nie wiemy gdzie przetrzymują Nigera
- I dlatego musimy się tego dowiedzieć. - rozejrzałam się dookoła. Wszędzie kręciły się klacze i ogiery. Nie mogliśmy się przedostać w głąb stada. Nagle usłyszałam jakąś rozmowę. Jedno słowo szczególnie przyciągnęło moją uwagę. "Diabel". Poczułam wielką złość i nienawiść. Czułam że zaraz eksploduje z wściekłości. Diabel porwał Nigera. Te trzy słowa kręciły się między moimi myślami. W pewnym momencie straciłam panowanie nad sobą.
- Sode, przestań! Zdradzisz naszą kryjówkę. - usłyszałam głos Li. Nie wiedziałam co mam przestać i jeszcze bardziej się zezłościłam, aż nagle zdałam sobie z czegoś sprawę. Rozejrzałam się szybko dookoła. W jednej sekundzie mój gniew zastąpiło przerażenie. Wokół mnie zaczął padać śnieg. Starałam się szybko uspokoić, ale mimo to śnieg sypał tak mocno że było już za późno.
- No no no. A więc tu się ukrywacie. - usłyszałam za mną głos klaczy. Obejrzałam się szybko, ale zaraz tego pożałowałam. Za nami stała chyba połowa Stada Mrocznych Tajemnic. Wstałam szybko z Li. Nie wiedziałyśmy co mamy zrobić. Klacz zmierzyła nas wzrokiem, po czym wskazała na mnie kopytem i rzekła:
- To ty jesteś Sode No Shirayuki? - nie chciałam tego robić ale kiwnęłam głową - Więc ta obok to pewnie Li? - znów straciłam nad sobą panowanie. Śnieg nie przestawał sypać i wciąż przybierał na sile. Nagle poczułam szturchnięcie. Spojrzałam się na Li. Ona pokręciła tylko głową. Odwróciłam się znowu w stronę klaczy. Wiedziałam, że nie mamy z nimi szans. Nawet z moimi mocami. Oni mieli przewagę liczebną i podejrzewałam, że nie są tacy słabi. Po prostu milczałam.
- Diabel miał nadzieję że niedługo wpadniesz go odwiedzić. - odezwała się
- On dobrze wie po co przyszłam. I nie zamierzam się poddawać - mimo ciężkiej sytuacji nie zamierzałam dawać im satysfakcji
- No co ty? Nie chcesz się z nim bliżej poznać? - na jej twarzy widać było szyderczy uśmieszek, który doprowadzał mnie do szaleństwa ale mimo to śnieg stawał się coraz delikatniejszy, aż w końcu zanikł.
- W każdym razie opór jest bezcelowy. Zapamiętaj to sobie. A teraz pójdziecie grzecznie z nami. - nie wiedziałam co robić, ale bez oporu dałam się poprowadzić... no właśnie gdzie? Gdzie oni nas prowadzili? Klacz z którą rozmawiałam nazywała się Rosalia. Postanowiła mieć na mnie oko i postawiła wokół mnie wiele innych koni, żeby mieć pewność że nie ucieknę. Nie wiem co się stało z Li, ale mnie zaprowadzili do jakiejś ciemnej jaskini. Przed wejściem ustawili cały oddział strażników. Rozejrzałam się dookoła, ale nie mogłam nic dostrzec w tym mroku. Nagle usłyszałam jakiś jęk. Odwróciłam się i skupiłam wzrok. Kiedy podeszłam bliżej zobaczyłam jakiegoś konia przykutego łańcuchem do skały. Gdy przyjrzałam się mu dokładniej zobaczyłam...
- Niger! - krzyknęłam - Co ci jest? Co oni ci zrobili? Jesteś ranny! - wokół niego było mnóstwo krwi. Ogier był mocno poraniony. Stracił wszystkie siły. Otworzył powoli oczy.
- Shi... rayuki? - spytał słabym głosem
- Tak to ja. - odparłam
- Co ty tu robisz?
- Przyszłam po ciebie. Nie mogłam cię zostawić na pastwę losu. Spokojnie jakoś cię uratuje.
- Najpierw to ty musisz uratować samą siebie. - obejrzałam się do tyłu. Do jaskini wszedł ogier. Nigdy wcześniej go nie widziałam, ale od razu domyśliłam się kto to jest.
- To ty jesteś Diabel?
- Bingo. Cieszę się, że mnie poznałaś. Czyli jednak dostałaś moją wiadomość? - zaśmiał się.
- Owszem dostałam - powiedziałam spokojnie. Diabel zaczął mnie okrążać. Patrzył na mnie, przeszywał wzrokiem.
- Wiesz coś ci powiem. Zanim jednak to zrobię muszę coś wiedzieć. Kochałaś Nira? - w tamtym momencie stanęłam dęba
- Skąd o nim wiesz? Tylko dwie osoby wiedzą o mojej przeszłości.
- Nadal nie otrzymałem odpowiedzi. - Diabel zatrzymał się przy Nigerze
- Jak mogłabym kochać kogoś takiego jak on? Chciał mnie zabić. Nie wspominając już o tym że był po prostu głupi
- Rozumiem. - pokiwał głową - Bo wiesz... tak się składa, że Nir to mój brat.
- Słucham?! - nie mogłam uwierzyć. Nir jest bratem Diabela?
- Kiedy zepchnął cię z tej góry był pełen nienawiści, ale wkrótce zrozumiał co zrobił. Postanowił cię odnaleźć, ale niestety ciebie już tam nie było.
- Ale skąd ty o tym wiesz? Nigdy cię nie widziałam w tamtym stadzie.
- Och naturalnie. Bo mnie tam nie było. Przybyłem w odwiedziny kilka dni później. Opowiedział mi co zaszło. Był pewny że już nie żyjesz. Starałem się o tobie dowiedzieć czegoś więcej, ale niestety jakoś nikt nie wiedział kim jesteś i skąd pochodzisz. Mimo to jakoś mi się udało. Zaproponowałem nawet Nirowi aby pomógł mi cię znaleźć, ale się nie zgodził. Ten głupek nie był już tym kim wcześniej od twojej "śmierci". Popełnił samobójstwo. Rzucił się z tej samej góry lodowej z której cię zepchnął. Cóż za ironia, nie uważasz? W każdym razie zanim skoczył powiedział żebym ci coś przekazał jeśli cię kiedyś zobaczę. Nie jestem takim okrutnym bratem, żeby nie spełnić jego ostatniej woli. Rzekł: "Przepraszam" .
- I myślisz że ja ci w to wszystko uwierzę? - wyrwałam się
- Wcale nie musisz. Ja tylko mówię jak było. - spuściłam głowę - Był bardzo zabawnym gościem. Nigdy nie mogłem go zrozumieć.
- Po co mi to w ogóle opowiedziałeś? Myślisz że zrobi mi się was żal? Że zostanę z tobą żeby... - nagle w jaskini zaległa cisza. Zrozumiałam, że to ja zabiłam Nira. Gdyby nie ja on by jeszcze żył. Gdybym po prostu była dla niego milsza...
- Zrozumiałaś? Zabiłaś mi brata. Chociaż szczerze mówiąc to powinienem był ci podziękować. Był strasznie irytujący.
- Jak możesz tak mówić o własnym bracie?! Przecież byliście rodziną!
- Może tak, a może nie... Nie sprowadziłem cię po to żebyśmy rozmawiali o przeszłości. Wręcz przeciwnie. - Diabel stanął przed Nigerem - Umówmy się. Ty będziesz grzeczna, a ja nic mu nie zrobię. Już i tak biedaczek sporo wycierpiał.
- Nie waż się go tknąć! Nie mieszaj go do tego. To sprawa pomiędzy tobą a mną.
- O tak, temu nie zaprzeczę. Ale on też ponosi winę. Mógłby zwyczajnie się w tobie nie zakochiwać.
- Jakim cudem to odkryłeś? Przecież zaczęłam go unikać i...
- I właśnie o to chodziło. Zrozumiałem że aby chronić innych zaczniesz się od nich odwracać, żebym nie myślał że są dla ciebie ważni, ale mnie nie tak łatwo przechytrzyć. No więc? Jak będzie? - upadłam na ziemię. Co mam zrobić? Jeśli się nie zgodzę Diabel zrobi Nigerowi krzywdę, ale jeśli pójdę z nim na ten układ Niger i tak ucierpi, ponieważ być może już nigdy go nie zobaczę. Jak mam go uratować? Jak? Jak? Zamknęłam oczy i pomyślałam o Nirze. O moich rodzicach i Stadzie Wiecznego Życia. Jak ich wszystkich uratować? W końcu otworzyłam oczy i spojrzałam na Diabela. Na zewnątrz jaskini dało się słyszeć jakieś dziwne odgłosy. Wstałam
- Wiesz co Diabel? Teraz ja ci coś powiem. Jesteś i może silny, masz wielkie stado... ale ja mam coś czego tobie brak. Przyjaciół. I choćbyś nawet jak się nie starał nie uda ci się osiągnąć swoich planów.
- Pożałujesz tego - syknął ogier
- Ach tak? A może to ty tego pożałujesz? - zaczęłam się cofać pod ścianę - Daję ci słowo że tego dnia nigdy nie zapomnisz. Teraz Li! - wszystko potoczyło się bardzo szybko. Najpierw Li wyskoczyła zza wielkiej skały i  odwróciła uwagę Diabela. W tym czasie ja podbiegłam do Nigera i jednym uderzeniem kopyta rozerwałam ciężki łańcuch którym był przykuty. Wzięłam go na grzbiet i popędziłam z Li w stronę wyjścia. Było ciężko ale udało nam się przebić przez obronę Stada Mrocznych Tajemnic. Zdążyłam jeszcze dostrzec Diabela na szczycie wielkiej skały mówiącego
- Jeszcze cię dopadnę, Sode No Shirayuki...