Moje relacje z Li, poprawiły się od kiedy przypadkiem dowiedziała się o mnie i Nigerze, ale w stosunku do reszty stada wciąż byłam oschła i nieufna. Niestety nie wszystko poszło zgodnie z planem. Pomimo naszych starań, miesiąc po powrocie do stada wszyscy wiedzieli że jesteśmy z Nigerem parą. Nie lubiłam o tym mówić, ale mimo to wszyscy nagle zaczęli się mną interesować. A ja wciąż jednak wolałam samotność. W czasie moich nocnych spacerów spotykałam czasem Nigera, ale i tak wszystko było raczej po staremu. Za dnia ciężko było mi znaleźć jakieś ciche miejsce. Najczęściej zaszywałam się pod jakimś wielkim drzewem lub w jakiejś norze i odsypiałam moje nocne spacery. Pewnej nocy, poszłam na spacer pod granice stada. Księżyc i gwiazdy jaśniały jak miliony świetlików. Nagle usłyszałam jakieś odgłosy. Rozejrzałam się szybko dookoła i w oddali dostrzegłam dwa konie. Nie wyglądały mi znajomo więc schowałam się między krzaki. W pewnym momencie usłyszałam fragment ich rozmowy.
- Więc to jest to stado? - spytał pierwszy ogier
- Tak. Ale jakoś nie wygląda mi nadzwyczajnie. Jest jak każde inne które zaatakowaliśmy. - odpowiedział drugi
- No nie wiem. W końcu szef obserwował je od miesięcy. Słyszałem, że do tego stada należy jakaś niezwykle silna i piękna klacz. Nie atakowalibyśmy go gdybyśmy nie byli pewni.
- Może masz racje.
- Jeśli to prawda to Diabel nigdy nie przepuści takiej okazji. Mówił, że ta klacz to może być właśnie ta której szuka. Jego pozostałe partnerki nie były takie idealne. Jedna była piękna, ale słaba i delikatna jak mucha. Druga znowu była potulna jak baranek i strachliwa, a jeszcze inna była...
- Dobra dobra już rozumiem. - nagle zatrzymali się, a jeden z nich dodał:
- Jesteś pewny, że to tu?
- Tak. Zgodnie z tym co mówił nasz szpieg, ta klacz nie za bardzo lubi towarzystwo innych. Dlatego w dzień się ukrywa a po nocy łazi przy granicach. Jak jej tam było...?
- Sode No Shirayuki? - w tamtym momencie skamieniałam. Oni mówili o mnie? Przecież wyraźnie słyszałam swoje imię.
- Tak, chyba tak. Podobno nie jest typem imprezowiczki. Nie lubi jak ktoś jej rozkazuje i zwraca się do niej nie pełnym imieniem. Szefowi bardzo spodobał się jej charakterek. Słyszałem jak mówił, że nigdy nie pozwoli żeby mu uciekła. Nawet jeśli będzie ją musiał zabrać siłą albo będzie stawiała opór. - tamci zaśmiali się, a ja poczułam niekontrolowaną złość.
- Zachowaj spokój. - usłyszałam czyiś szept. Była to Lily. Spojrzałam na nią i wzięłam głęboki oddech. Ona zawsze umiała mi pomóc kiedy emocje brały nade mną górę.
- Stefan, powiedz mi czemu akurat my dostajemy zawsze najgorsze zadania. - powiedział jeden
- Spójrz na to z innej strony Mark - odrzekł koń nazwany Stefanem - Powinno pójść łatwo. Nie musimy podbijać od razu całego stada. - zastygłam w krzakach w bezruchu. Jeśli zrobię choć krok zdradzę moją kryjówkę, ale jeśli tamci będą tu czekać do rana? Zaczęłam się martwić o Nigera i Li. A co jeśli coś im się stanie?
- Słyszałeś to? - spytał Mark - Szelest. Dochodzi z tamtych krzaków. Sprawdźmy to. - powoli zaczęli podchodzić w moją stronę. Postanowiłam, że zrobię im tę przyjemność i sama do nich przyjdę. Podniosłam się więc z ziemi i podeszłam do ogierów.
- No no no. A kogóż my tu mamy? - wzrok miałam obojętny i zimny. Tamtym przeszedł po grzbietach dreszcz.
- Na pewno chcecie wiedzieć? - spytałam spokojnie
- Cóż wnioskując po twoim spojrzeniu i zachowaniu ty musisz być Sode No Shirayuki.
- Bingo. Punkt dla ciebie.
- Hej, nie pozwalaj sobie za wiele. - zaczął Stefan
- Przypadkiem usłyszałam waszą rozmowę i szczerze mówiąc... nie za bardzo mi się spodobało to co powiedzieliście.
- A według ciebie mieliśmy kłamać? - zaśmiał się Mark. Zrobiłam pare kroków w ich stronę.
- Radze mnie nie drażnić bo nie ręczę za siebie.
- Ojej, jak strasznie się boje - Stefan i Mark wyraźnie nie wiedzieli kim jestem. Czasami, kiedy nie potrafię opanować swoich emocji wokół mnie zaczyna padać śnieg. W zależności od moich humorów może być to łagodny śnieżek opadający leniwie na ziemie, lub potężna śnieżyca.
- Oj bój się bój. - powiedziałam - Ale tak na poważnie, czego tu szukacie?
- Skoro słyszałaś naszą rozmowę to wiesz chyba co nam do szczęścia potrzebne. Albo raczej naszemu szefowi - uśmiechnął się Mark - Ale spokojnie, dostaliśmy tylko rozkaz aby przekazać ci wiadomość.
- Och, już się nie mogę doczeać. A teraz mówcie co macie mówić i wynoście się stąd.
- Jesteś jeszcze bardziej bezczelna niż słyszałem - powiedział Stefan - I to się naszemu szefowi w tobie najbardziej podoba.
- Mamy ci tylko powiedzieć, że nasz szef ma cię na oku. Obserwuje cię od dłuższego czasu i jest tobą zainteresowany. A muszę ci powiedzieć, że on zawsze dostaje to czego chce. Lepiej zapamiętaj to imię, bo będzie ci towarzyszyć już do końca twoich dni. Diabel, po ciebie idzie. - ogiery odwrócili się i popędzili galopem w swoją strony. Wtedy zrozumiałam coś, czego obawiałam się najbardziej na świecie. Coś co było tak oczywiste, a jednak tak straszne. Mój koszmar. Wojna.
środa, 25 grudnia 2013
środa, 18 grudnia 2013
15. Zagubione moce
Następnego dnia obudziłam się w kiepskim nastroju. Byłam niespokojna i nerwowa.
- Stało się coś? - spytał Niger. Kiedy ogier wstał opowiedziałam mu mój sen. I znów nie zadawał żadnych pytań. Lecz od czasu wyznania mu prawdy coś się w nim zmieniło. Stał się jakiś markotniejszy i bardziej nerwowy. Zupełnie jakby coś go trapiło.
- Nie, wszystko w porządku. Po prostu... zastanawiam się nad tym snem. - Niger poszedł gdzieś w głąb lasu, a ja położyłam się na trawie i zaczęłam myśleć.
- "Śnieg topnieje już powoli...". Co to może znaczyć? Zima już dawno się skończyła. Chyba, że to metafora. - spojrzałam w niebo i westchnęłam. Nie wiedziałam co robić dalej.
- No dobrze, a "serce Sode bardzo boli" ? - zamknęłam oczy. Pomyślałam co się stało od dołączenia do stada Li. Pomyślałam też o całym bólu który doświadczyłam, o wszystkich koniach które poznałam, o każdym nawet najmniej wartym uwagi dniu.
- Czy naprawdę... jest ze mną aż tak źle? - westchnęłam i powoli otworzyłam oczy.
- Niger! - krzyknęłam i poderwałam się na nogi - Nie strasz mnie tak.
- Przepraszam. Ja po prostu... - wydawał się jakiś taki bardziej przygaszony niż zwykle.
- Co się stało? - spytałam delikatnie. Ogier spojrzał mi prosto w oczy.
- Muszę... skoro ty powiedziałaś mi całą prawdę... - wziął głęboki oddech - To ja też ci ją powiem. - teraz ja spojrzałam na Nigera.
- Wiem... że ty byłaś ze mną absolutnie szczera, więc ciężko byłoby ukrywać przed tobą prawdę. Nie dałbym rady. Shirayuki ja... ja nie jestem takim zwykłym koniem. Ja jestem... mieszańcem. Mój ojciec był ziemskim koniem ale... moja matka... - widać było że przychodzi mu to z wielkim trudem. Nie chciałam go poganiać. Dobrze wiem co to znaczy dusić w sobie uczucia i całą prawdę.
- Spokojnie, jeśli nie chcesz to nie musisz mi nic mówić. - ogier pokręcił głową.
- Moja matka była... Ognistym Koniem - w tamtym momencie coś we mnie pękło. Niger? On miałby być synem Ognistej Klaczy? W sekundę znienawidziłam Nigera. W głowie przeleciały mi wszystkie wspomnienia o koniach, które zamordowały całą moją rodzinę. Jednak po chwili, mój gniew ustąpił. Uśmiechnęłam się delikatnie do ogiera.
- No i co? - spytałam spokojnym głosem
- No i co? - nie dowierzał - Ty się jeszcze pytasz? Przecież Ogniste Konie wymordowały całe twoje stado, twoich bliskich, przyjaciół, wszystkich na których ci zależało. Wszystkich których kochałaś. A ty przyjmujesz to z takim spokojem?
- W pewnej sekundzie, rzeczywiście znienawidziłam cię najbardziej na świecie. Miałam ochotę się na ciebie rzucić, ale... to przecież nie była wcale twoja wina. Nie miałeś nic do gadania. - Nigerowi pociekła po policzku łza
- Myślałem że... nigdy więcej się do mnie nie odezwiesz.
- Nie mogłabym tego zrobić. A wiesz dlaczego? Bo to właśnie dzięki tobie zrozumiałam, że są na tym świecie konie z uczuciami. Ty nie jesteś taki obojętny i zimny jak niektórzy. To nie twoja wina, że płynie w tobie krew Ognistych koni. Nikt nie wybiera w jakiej urodzi się rodzinie.
- Ale... przecież oni nadal zabili tych których kochałaś. - Niger wciąż nie rozumiał
- Myślę, że jednak nie wszystkich - uśmiechnęłam się do ogiera i spojrzałam mu prosto w oczy. Właśnie wtedy, właśnie tamtego dnia zrozumiałam ile Niger dla mnie znaczy. Usiedliśmy razem pod rozłorzystym drzewem. Przytuliłam się do ogiera i zamknęłam oczy. Nigdy się tak nie czułam. Miałam wrażenie, że mogę zrobić wszystko. I wtedy nagle...
- Shirayuki, patrz. - powiedział ogier. Otworzyłam powoli oczy, ale nie mogłam uwierzyć w to co widzę.
- Śnieg... - szepnęłam. Mimo iż był środek lata, z nieba sypał śnieżno biały puch.
- Jest zupełnie taki jak ty. - stwierdził Niger. Przyjrzałam mu się uważniej. Faktycznie. Ogier miał rację. A skoro śnieg był zupełnie taki jak ja i do tego padał w lecie, mogło to oznaczać tylko jedno.
- Odzyskałam swoje moce. - uśmiechnęłam się i znowu zamknęłam oczy. Biały puch, który łagodnie opadał na mój grzbiet, padał jeszcze przez cały dzień. A kiedy w końcu przestał, wokół nas wszystko spowite było w nieskazitelną biel.
***
Trzeciego dnia po zaakceptowaniu moich uczuć, dotarliśmy w końcu do Stada Wiecznego Życia. Wszyscy bardzo się niepokoili. Nigera porwał tłum koni pytających go co się wydarzyło. O mnie jednak nikt nie pamiętał. Mimo to w głębi ducha byłam szczęśliwa. Pomimo tego co wydarzyło się od naszego porwania, mój charakter nie zmienił się ani odrobinę. Wciąż byłam pusta i samolubna. Jeszcze przez chwilę patrzyłam na świętujące konie z powrotu Nigera. W końcu jednak odwróciłam się i skierowałam twarz w stronę Samotnej Rzeki, lecz usłyszałam za mną jeszcze głos.
- Ciesze się że wróciłaś Sode. - była to Li. I szczerze mówiąc nie przeszkadzało mi to że powiedziała do mnie "Sode".
- Ja też. - wyznałam
- Wiem, że nie za bardzo lubisz się zwierzać więc nie będę cię pytać gdzie byłaś. Ale mam jeszcze do ciebie wiadomość od Nigera.
- Wiadomość? - Li kiwnęła głową
- Powiedział: "Śnieg". - uśmiechnęłam się pod nosem i nic nie mówiąc odeszłam od Li. Kiedy się oddaliłam, z mojej grzywy wyleciała Lily
- "Śnieg" ? - spytała
- Ustaliliśmy, że na razie nie będziemy nikomu mówić co się wydarzyło. A "śnieg" to takie nasze hasło.
- A co ono oznacza? - podniosłam głowę i spojrzałam na pojawiające się powoli gwiazdy. Uśmiechnęłam się i odparłam:
- To znaczy, kocham cię.
- Stało się coś? - spytał Niger. Kiedy ogier wstał opowiedziałam mu mój sen. I znów nie zadawał żadnych pytań. Lecz od czasu wyznania mu prawdy coś się w nim zmieniło. Stał się jakiś markotniejszy i bardziej nerwowy. Zupełnie jakby coś go trapiło.
- Nie, wszystko w porządku. Po prostu... zastanawiam się nad tym snem. - Niger poszedł gdzieś w głąb lasu, a ja położyłam się na trawie i zaczęłam myśleć.
- "Śnieg topnieje już powoli...". Co to może znaczyć? Zima już dawno się skończyła. Chyba, że to metafora. - spojrzałam w niebo i westchnęłam. Nie wiedziałam co robić dalej.
- No dobrze, a "serce Sode bardzo boli" ? - zamknęłam oczy. Pomyślałam co się stało od dołączenia do stada Li. Pomyślałam też o całym bólu który doświadczyłam, o wszystkich koniach które poznałam, o każdym nawet najmniej wartym uwagi dniu.
- Czy naprawdę... jest ze mną aż tak źle? - westchnęłam i powoli otworzyłam oczy.
- Niger! - krzyknęłam i poderwałam się na nogi - Nie strasz mnie tak.
- Przepraszam. Ja po prostu... - wydawał się jakiś taki bardziej przygaszony niż zwykle.
- Co się stało? - spytałam delikatnie. Ogier spojrzał mi prosto w oczy.
- Muszę... skoro ty powiedziałaś mi całą prawdę... - wziął głęboki oddech - To ja też ci ją powiem. - teraz ja spojrzałam na Nigera.
- Wiem... że ty byłaś ze mną absolutnie szczera, więc ciężko byłoby ukrywać przed tobą prawdę. Nie dałbym rady. Shirayuki ja... ja nie jestem takim zwykłym koniem. Ja jestem... mieszańcem. Mój ojciec był ziemskim koniem ale... moja matka... - widać było że przychodzi mu to z wielkim trudem. Nie chciałam go poganiać. Dobrze wiem co to znaczy dusić w sobie uczucia i całą prawdę.
- Spokojnie, jeśli nie chcesz to nie musisz mi nic mówić. - ogier pokręcił głową.
- Moja matka była... Ognistym Koniem - w tamtym momencie coś we mnie pękło. Niger? On miałby być synem Ognistej Klaczy? W sekundę znienawidziłam Nigera. W głowie przeleciały mi wszystkie wspomnienia o koniach, które zamordowały całą moją rodzinę. Jednak po chwili, mój gniew ustąpił. Uśmiechnęłam się delikatnie do ogiera.
- No i co? - spytałam spokojnym głosem
- No i co? - nie dowierzał - Ty się jeszcze pytasz? Przecież Ogniste Konie wymordowały całe twoje stado, twoich bliskich, przyjaciół, wszystkich na których ci zależało. Wszystkich których kochałaś. A ty przyjmujesz to z takim spokojem?
- W pewnej sekundzie, rzeczywiście znienawidziłam cię najbardziej na świecie. Miałam ochotę się na ciebie rzucić, ale... to przecież nie była wcale twoja wina. Nie miałeś nic do gadania. - Nigerowi pociekła po policzku łza
- Myślałem że... nigdy więcej się do mnie nie odezwiesz.
- Nie mogłabym tego zrobić. A wiesz dlaczego? Bo to właśnie dzięki tobie zrozumiałam, że są na tym świecie konie z uczuciami. Ty nie jesteś taki obojętny i zimny jak niektórzy. To nie twoja wina, że płynie w tobie krew Ognistych koni. Nikt nie wybiera w jakiej urodzi się rodzinie.
- Ale... przecież oni nadal zabili tych których kochałaś. - Niger wciąż nie rozumiał
- Myślę, że jednak nie wszystkich - uśmiechnęłam się do ogiera i spojrzałam mu prosto w oczy. Właśnie wtedy, właśnie tamtego dnia zrozumiałam ile Niger dla mnie znaczy. Usiedliśmy razem pod rozłorzystym drzewem. Przytuliłam się do ogiera i zamknęłam oczy. Nigdy się tak nie czułam. Miałam wrażenie, że mogę zrobić wszystko. I wtedy nagle...
- Shirayuki, patrz. - powiedział ogier. Otworzyłam powoli oczy, ale nie mogłam uwierzyć w to co widzę.
- Śnieg... - szepnęłam. Mimo iż był środek lata, z nieba sypał śnieżno biały puch.
- Jest zupełnie taki jak ty. - stwierdził Niger. Przyjrzałam mu się uważniej. Faktycznie. Ogier miał rację. A skoro śnieg był zupełnie taki jak ja i do tego padał w lecie, mogło to oznaczać tylko jedno.
- Odzyskałam swoje moce. - uśmiechnęłam się i znowu zamknęłam oczy. Biały puch, który łagodnie opadał na mój grzbiet, padał jeszcze przez cały dzień. A kiedy w końcu przestał, wokół nas wszystko spowite było w nieskazitelną biel.
***
Trzeciego dnia po zaakceptowaniu moich uczuć, dotarliśmy w końcu do Stada Wiecznego Życia. Wszyscy bardzo się niepokoili. Nigera porwał tłum koni pytających go co się wydarzyło. O mnie jednak nikt nie pamiętał. Mimo to w głębi ducha byłam szczęśliwa. Pomimo tego co wydarzyło się od naszego porwania, mój charakter nie zmienił się ani odrobinę. Wciąż byłam pusta i samolubna. Jeszcze przez chwilę patrzyłam na świętujące konie z powrotu Nigera. W końcu jednak odwróciłam się i skierowałam twarz w stronę Samotnej Rzeki, lecz usłyszałam za mną jeszcze głos.
- Ciesze się że wróciłaś Sode. - była to Li. I szczerze mówiąc nie przeszkadzało mi to że powiedziała do mnie "Sode".
- Ja też. - wyznałam
- Wiem, że nie za bardzo lubisz się zwierzać więc nie będę cię pytać gdzie byłaś. Ale mam jeszcze do ciebie wiadomość od Nigera.
- Wiadomość? - Li kiwnęła głową
- Powiedział: "Śnieg". - uśmiechnęłam się pod nosem i nic nie mówiąc odeszłam od Li. Kiedy się oddaliłam, z mojej grzywy wyleciała Lily
- "Śnieg" ? - spytała
- Ustaliliśmy, że na razie nie będziemy nikomu mówić co się wydarzyło. A "śnieg" to takie nasze hasło.
- A co ono oznacza? - podniosłam głowę i spojrzałam na pojawiające się powoli gwiazdy. Uśmiechnęłam się i odparłam:
- To znaczy, kocham cię.
środa, 11 grudnia 2013
14. Nadzieja przepełniona miłością
Kiedy się obudziłam słońce już świtało. Rozejrzałam się dookoła. Niger chodził w około, co chwilę przystawał i znów zmieniał kierunek. Gdy zobaczył że się obudziłam i przyglądam się mu, zmieszał się i wybełkotał
- Dzień dobry
- Czy dobry to się okaże. - odparłam i wstałam - W każdym razie ruszajmy dalej. Musimy odnaleźć drogę powrotną do stada. Wczoraj pozwoliliśmy sobie na całodzienny odpoczynek, więc teraz będziemy musieli to nadrobić. - szliśmy w milczeniu. Około południa zatrzymaliśmy się na przestronnej łące, na chwilę przerwy. Jednak wkrótce ruszyliśmy w dalszą drogę.
- Sode No Shirayuki? - Niger przerwał tą ciszę
- Co jest?
- Miałem ci tego nie mówić ale... jakby to powiedzieć... Kiedy zabierali nas do tej stajni to ja... na parę chwil się obudziłem.
- I...? Co w związku z tym?
- No... ja... słyszałem jak ty... mówiłaś przez sen. - zatrzymałam się gwałtownie, a Niger o mało we mnie nie wpadł.
- Co mówiłam? - spytałam szybko
- Właściwie... to nie jestem pewny czy mówiłaś to przez sen. - Niger chyba żałował że podjął ten temat, ale ja musiałam się dowiedzieć.
- Nie przypominam sobie żebym się obudziła
- No nie wiem... może. Wyglądałaś wtedy jakoś dziwnie.
- To znaczy?
- Byłaś taka niespokojna. Nie wiedziałem czy coś ci się stało. Mówiłaś coś... o jakiejś przepowiedni, o losie i przeznaczeniu... nie za dobrze wszystko usłyszałem.
- A mówiłam coś konkretnego? - serce biło mi szybciej. Musiałam zapytać.
- Coś o jakimś cudzie i lodzie... córce, która przeżyła... to wszystko co zapamiętałem. - upadłam na trawę i zamknęłam oczy. Powoli, z pod tych zamkniętych powiek spłynęła mi łza. Nigdy nie lubiłam płakać. Zawsze kiedy byłam bliska płaczu potrafiłam nad tym zapanować. Powstrzymywałam się. Nie wiedziałam jeszcze wtedy, że płacz wymywa wszystko co boli. Każde przykre wspomnienie. Każdą troskę i cierpienie. Każdy, nawet najmniejszy ból w sercu.
- Co się stało, Shirayuki? - spytał cicho
- Ja... ja już nie mogę. Nie mogę tego w sobie dusić.
- Więc nie duś. - otworzyłam oczy. Przede mną pojawiła się Lily - Wiem, że to może być dla ciebie trudne, ale zrób to. Uwierz mi, każdy czegoś się boi. - spojrzałam na Nigera i westchnęłam
- Wielu polegnie, wielu straci lód,
lecz na polu bitwy ostanie wielki cud.
Córka przeżyje nikt więcej nie zostanie,
pewnego dnia nagle zginie w pamięci pozostanie. - patrzyłam na Nigera, który przyglądał mi się ze zdziwieniem.
- Czy to...
- To to słyszałeś prawda? - ogier kiwnął głową
- Nie powiedziałam ci całej prawdy. To co właśnie usłyszałeś, to stara przepowiednia szamanki z mojego rodzinnego stada. Tuż przed wojną przepowiedziała przebieg ostatniej bitwy. Przepowiedziała, że tylko ja przeżyje. Że zostanę sama, że będę ostatnim Śnieżnym Koniem. Ukrywałam to przed całym światem, w nadziei aż doczekam spełnienia przepowiedni. Aż po prostu znikne z tego świata... do czasu aż nie spotkałam ciebie. To ty przyniosłeś mi drugą część przepowiedni. Zrozumiałam, że aby pierwsza przepowiednia się spełniła muszę odnaleźć sens życia. Szukając go dotarłam tutaj. - Przez resztę dnia szliśmy w milczeniu. Niger nie pytał czemu ukryłam to przed nim. Byłam mu za to wdzięczna. Miałam wrażenie, że rozumie mnie lepiej niż pozostałe konie. Że jest po prostu inny... Gdy zatrzymaliśmy się na noc, Niger szybko zasnął. Przez większość czasu patrzyłam na niego i dziękowałam za to, że akurat z nim mnie porwano. Kiedy w końcu zasnęłam, śniło mi się coś za czym najbardziej tęskniłam. Moi rodzice. Uśmiech mojej matki... ile bym oddała żeby znów go zobaczyć. Ile bym oddała, aby znów usłyszeć głos mojego ojca. Właśnie taki był ten sen. Moi rodzice stali obok siebie. W pewnym momencie moja matka się uśmiechnęła, a mój ojciec przemówił do mnie, smutnym ale budzącym otuchę w sercu głosem.
- "Śnieg topnieje już powoli,
serce Sode, bardzo boli.
Córka przy życiu jeszcze zostanie,
pewnego dnia nagle zginie w pamięci pozostanie..."
- Dzień dobry
- Czy dobry to się okaże. - odparłam i wstałam - W każdym razie ruszajmy dalej. Musimy odnaleźć drogę powrotną do stada. Wczoraj pozwoliliśmy sobie na całodzienny odpoczynek, więc teraz będziemy musieli to nadrobić. - szliśmy w milczeniu. Około południa zatrzymaliśmy się na przestronnej łące, na chwilę przerwy. Jednak wkrótce ruszyliśmy w dalszą drogę.
- Sode No Shirayuki? - Niger przerwał tą ciszę
- Co jest?
- Miałem ci tego nie mówić ale... jakby to powiedzieć... Kiedy zabierali nas do tej stajni to ja... na parę chwil się obudziłem.
- I...? Co w związku z tym?
- No... ja... słyszałem jak ty... mówiłaś przez sen. - zatrzymałam się gwałtownie, a Niger o mało we mnie nie wpadł.
- Co mówiłam? - spytałam szybko
- Właściwie... to nie jestem pewny czy mówiłaś to przez sen. - Niger chyba żałował że podjął ten temat, ale ja musiałam się dowiedzieć.
- Nie przypominam sobie żebym się obudziła
- No nie wiem... może. Wyglądałaś wtedy jakoś dziwnie.
- To znaczy?
- Byłaś taka niespokojna. Nie wiedziałem czy coś ci się stało. Mówiłaś coś... o jakiejś przepowiedni, o losie i przeznaczeniu... nie za dobrze wszystko usłyszałem.
- A mówiłam coś konkretnego? - serce biło mi szybciej. Musiałam zapytać.
- Coś o jakimś cudzie i lodzie... córce, która przeżyła... to wszystko co zapamiętałem. - upadłam na trawę i zamknęłam oczy. Powoli, z pod tych zamkniętych powiek spłynęła mi łza. Nigdy nie lubiłam płakać. Zawsze kiedy byłam bliska płaczu potrafiłam nad tym zapanować. Powstrzymywałam się. Nie wiedziałam jeszcze wtedy, że płacz wymywa wszystko co boli. Każde przykre wspomnienie. Każdą troskę i cierpienie. Każdy, nawet najmniejszy ból w sercu.
- Co się stało, Shirayuki? - spytał cicho
- Ja... ja już nie mogę. Nie mogę tego w sobie dusić.
- Więc nie duś. - otworzyłam oczy. Przede mną pojawiła się Lily - Wiem, że to może być dla ciebie trudne, ale zrób to. Uwierz mi, każdy czegoś się boi. - spojrzałam na Nigera i westchnęłam
- Wielu polegnie, wielu straci lód,
lecz na polu bitwy ostanie wielki cud.
Córka przeżyje nikt więcej nie zostanie,
pewnego dnia nagle zginie w pamięci pozostanie. - patrzyłam na Nigera, który przyglądał mi się ze zdziwieniem.
- Czy to...
- To to słyszałeś prawda? - ogier kiwnął głową
- Nie powiedziałam ci całej prawdy. To co właśnie usłyszałeś, to stara przepowiednia szamanki z mojego rodzinnego stada. Tuż przed wojną przepowiedziała przebieg ostatniej bitwy. Przepowiedziała, że tylko ja przeżyje. Że zostanę sama, że będę ostatnim Śnieżnym Koniem. Ukrywałam to przed całym światem, w nadziei aż doczekam spełnienia przepowiedni. Aż po prostu znikne z tego świata... do czasu aż nie spotkałam ciebie. To ty przyniosłeś mi drugą część przepowiedni. Zrozumiałam, że aby pierwsza przepowiednia się spełniła muszę odnaleźć sens życia. Szukając go dotarłam tutaj. - Przez resztę dnia szliśmy w milczeniu. Niger nie pytał czemu ukryłam to przed nim. Byłam mu za to wdzięczna. Miałam wrażenie, że rozumie mnie lepiej niż pozostałe konie. Że jest po prostu inny... Gdy zatrzymaliśmy się na noc, Niger szybko zasnął. Przez większość czasu patrzyłam na niego i dziękowałam za to, że akurat z nim mnie porwano. Kiedy w końcu zasnęłam, śniło mi się coś za czym najbardziej tęskniłam. Moi rodzice. Uśmiech mojej matki... ile bym oddała żeby znów go zobaczyć. Ile bym oddała, aby znów usłyszeć głos mojego ojca. Właśnie taki był ten sen. Moi rodzice stali obok siebie. W pewnym momencie moja matka się uśmiechnęła, a mój ojciec przemówił do mnie, smutnym ale budzącym otuchę w sercu głosem.
- "Śnieg topnieje już powoli,
serce Sode, bardzo boli.
Córka przy życiu jeszcze zostanie,
pewnego dnia nagle zginie w pamięci pozostanie..."
środa, 4 grudnia 2013
13. Prawda
Byłam wolna. Nareszcie znów byłam wolna. Wprost nie posiadałam się z radości. Galopowałam z Nigerem całą noc bez przerwy, aby dać upust naszym emocjom. W końcu tuż przed wschodem słońca zatrzymaliśmy się na odpoczynek, pod wielkim rozłożystym drzewem. Usiadłam przy samym pniu i zamknęłam oczy. Czułam wiatr który rozwiewał mi grzywe, trzepot skrzydeł Lily, a nawet bicie mojego serca.
- Em... Sode No Shirayuki...?
- Tak? - spytałam nie podnosząc powiek
- Wiesz... wtedy w stajni... ja myślałem że... zostawisz mnie tam i... - otworzyłam oczy i spojrzałam na Nigera.
- Nie ma o czym mówić. Na moim miejscu zrobiłbyś tak samo. - Niger pokiwał głową
- Kiedy tak rzuciłaś się do stajni ratować Alfreda to trochę się...
- Wkurzyłeś, zdziwiłeś? - spytałam. Ogier pokręcił przecząco głową
- Wręcz przeciwnie. Ucieszyłem się. Zrozumiałem wtedy, że nie jesteś taka pusta i obojętna na wszystko. Czasem potrafisz troszczyć się o innych. Jesteś dobra - gdy Niger skończył mówić ja wstałam gwałtownie i powiedziałam mu prosto w pysk:
- Nie myśl sobie, że jestem potulna jak baranek. Nie jestem dobra. Ja w przeciwieństwie do innych nie przepadam za ciepłą herbatką i pogaduszkami z przyjaciółmi. - Niger przełknął ślinę - A teraz siadaj, opowiem ci moją historię. - teraz ogier stanął jak słup soli - Ogłuchłeś? - spytałam sucho. Niger podszedł do pnia drzewa i usiadł. Zrobiłam to samo.
- Jeszce nigdy nikomu tego nie opowiadałam. Nawet Lily nie zna całej prawdy. Słuchaj, jeśli komukolwiek piśniesz choćby słowo to cię... - przerwałam i spojrzałam na zdenerwowanego ogiera. Westchnęłam i zaczęłam opowiadać. Niger wsłuchiwał się w każde moje słowo. Kiedy opowiadałam mu o "tajemniczym ogierze" wyglądał jak zaczarowany i nie wydawał nawet najmniejszych odgłosów. Mimo to jakoś przemyciłam fakt o przepowiedni szamanki.
- Więc sam widzisz. Jak mogę się zachowywać jak ty czy Li skoro tyle przeżyłam. Ja nigdy się nie zmienię. Nawet gdybym bardzo chciała. - spuściłam głowę i pomyślałam o moich rodzicach i rodzinnym stadzie. W pewnym momencie poczułam coś na grzbiecie. Obejrzałam się i zobaczyłam Nigera. Nie mogłam uwierzyć własnym oczom. Ogier przysunął się bliżej mnie, zamknął oczy i oparł na mnie głowę.
- Przepraszam. - szepnął - Nie pozwolę, żebyś jeszcze kiedyś była samotna. Nigdy... - jego słowa zadźwięczały mi w uszach. To samo powiedziała Lily. Miałam ochotę zrzucić Nigera i powiedzieć mu aby się ode mnie odkleił, ale jednak... nie mogłam. Jakaś niewidzialna siła drzemiąca głęboko we mnie nie pozwalała mi tego zrobić.
- Shirayuki. Skoro już i tak wiesz co mnie spotkało, mów mi Shirayuki. - Zamknęłam oczy i pozwoliłam ponieść się emocjom. Znów pomyślałam o rodzicach. Uśmiechali się do mnie i patrzyli na mnie. Czuwali nade mną. Otworzyłam z powrotem oczy i spojrzałam w niebo. Ostatnie gwiazdy gasły wraz z wschodzącym słońcem. Mimo to zdołałam zobaczyć dwie z nich, które patrzyły na mnie z góry. To byli oni. Ci którym zawdzięczam życie.
- Em... Sode No Shirayuki...?
- Tak? - spytałam nie podnosząc powiek
- Wiesz... wtedy w stajni... ja myślałem że... zostawisz mnie tam i... - otworzyłam oczy i spojrzałam na Nigera.
- Nie ma o czym mówić. Na moim miejscu zrobiłbyś tak samo. - Niger pokiwał głową
- Kiedy tak rzuciłaś się do stajni ratować Alfreda to trochę się...
- Wkurzyłeś, zdziwiłeś? - spytałam. Ogier pokręcił przecząco głową
- Wręcz przeciwnie. Ucieszyłem się. Zrozumiałem wtedy, że nie jesteś taka pusta i obojętna na wszystko. Czasem potrafisz troszczyć się o innych. Jesteś dobra - gdy Niger skończył mówić ja wstałam gwałtownie i powiedziałam mu prosto w pysk:
- Nie myśl sobie, że jestem potulna jak baranek. Nie jestem dobra. Ja w przeciwieństwie do innych nie przepadam za ciepłą herbatką i pogaduszkami z przyjaciółmi. - Niger przełknął ślinę - A teraz siadaj, opowiem ci moją historię. - teraz ogier stanął jak słup soli - Ogłuchłeś? - spytałam sucho. Niger podszedł do pnia drzewa i usiadł. Zrobiłam to samo.
- Jeszce nigdy nikomu tego nie opowiadałam. Nawet Lily nie zna całej prawdy. Słuchaj, jeśli komukolwiek piśniesz choćby słowo to cię... - przerwałam i spojrzałam na zdenerwowanego ogiera. Westchnęłam i zaczęłam opowiadać. Niger wsłuchiwał się w każde moje słowo. Kiedy opowiadałam mu o "tajemniczym ogierze" wyglądał jak zaczarowany i nie wydawał nawet najmniejszych odgłosów. Mimo to jakoś przemyciłam fakt o przepowiedni szamanki.
- Więc sam widzisz. Jak mogę się zachowywać jak ty czy Li skoro tyle przeżyłam. Ja nigdy się nie zmienię. Nawet gdybym bardzo chciała. - spuściłam głowę i pomyślałam o moich rodzicach i rodzinnym stadzie. W pewnym momencie poczułam coś na grzbiecie. Obejrzałam się i zobaczyłam Nigera. Nie mogłam uwierzyć własnym oczom. Ogier przysunął się bliżej mnie, zamknął oczy i oparł na mnie głowę.
- Przepraszam. - szepnął - Nie pozwolę, żebyś jeszcze kiedyś była samotna. Nigdy... - jego słowa zadźwięczały mi w uszach. To samo powiedziała Lily. Miałam ochotę zrzucić Nigera i powiedzieć mu aby się ode mnie odkleił, ale jednak... nie mogłam. Jakaś niewidzialna siła drzemiąca głęboko we mnie nie pozwalała mi tego zrobić.
- Shirayuki. Skoro już i tak wiesz co mnie spotkało, mów mi Shirayuki. - Zamknęłam oczy i pozwoliłam ponieść się emocjom. Znów pomyślałam o rodzicach. Uśmiechali się do mnie i patrzyli na mnie. Czuwali nade mną. Otworzyłam z powrotem oczy i spojrzałam w niebo. Ostatnie gwiazdy gasły wraz z wschodzącym słońcem. Mimo to zdołałam zobaczyć dwie z nich, które patrzyły na mnie z góry. To byli oni. Ci którym zawdzięczam życie.
wtorek, 26 listopada 2013
12. Nić porozumienia
Następnego dnia wszystko mnie bolało. Grzbiet, nogi, moja duma... a nawet moje serce. Nie mogłam uwierzyć że jakiś człowiek tak mną sponiewierał i zrobił swoją marionetkę. Jednak tak... najbardziej bolało mnie serce. Tej nocy nie mogłam zasnąć. Myślałam o tym, jak niesprawiedliwie potraktowałam Nigera. On tak bardzo chciał mojego szczęścia, a ja nawet go nie przeprosiłam. Jedynym plusem dzisiejszego dnia był fakt, że Mark nie mógł mnie dziś trenować, ponieważ miał jakąś ważną sprawę do załatwienia w mieście. Dzień więc, spędziłam w ciszy, spokoju i... samotności. Niger ciągle siedział przodem do ściany więc nie mogłam stwierdzić czy śpi czy płacze. Jednak moje serce wciąż się wahało. Z jednej strony uważałam, że lepiej będzie go przeprosić, ale z drugiej uważałam że nie zrobiłam przecież nic złego. Całe przedpołudnie rozmyślałam nad moimi problemami, a po obiedzie poczułam się senna i zmęczona. Tak więc po paru minutach, spałam jak suseł. Kiedy się obudziłam wciąż było ciemno. W nocy musiała rozszaleć się burza, ponieważ deszcz bębnił w dach stajni. Spojrzałam przez okno i zobaczyłam jasno świecący księżyc otoczony milionami gwiazd. Uśmiechnęłam się lekko i ponownie zasnęłam. Gdy znowu się obudziłam było jasno. Wciąż miałam zamknięte oczy więc nie widziałam co się dzieje. Nagle jakiś nieprzyjemny zapach podrażnił moje nozdrza. Zaniepokojona dziwnym hałasem i zapachem podniosłam powieki, a moim oczom ukazał się...
- Pożar! - Wołali ludzie. Piorun uderzył w stajnie co wywołało pożar. Konie rzucały się niespokojnie w boksach, a ludzie biegali to tu, to tam wyprowadzając wierzchowce na zewnątrz. Wśród pierwszej partii znalazłam się ja. Patrzyłam jak wszystkie konie próbują urwać sznur i uciec jak najdalej od szalejącego żywiołu. Lecz ja stałam spokojnie. W końcu dostrzegłam to co chciałam. Niger był bezpieczny. Odetchnęłam z ulgą. Z mojej grzywy wyleciała obudzona wrzaskami ludzi, Lily
- Co się stało? - spytała wciąż zaspanym głosem
- Pożar rozpętał się w stajni - Lily natychmiast powróciło trzeźwe myślenie.
- Ale jak to? Nie było tu piorunochronów?
- Cóż, najwyraźniej nie. - patrzyłam jeszcze chwilę jak ludzie szleją wokół stajni próbując stłumić ogień, jak przywiązują do płotu obok mnie Nigera i jak przerażone konie uciekają ze swoich boksów. Kiedy Mark i reszta ludzi była zajęta szalejącym ogniem postanowiłam wykorzystać okazję i spróbować ucieczki. Co prawda nie miałam swoich mocy, ale mimo to nadal byłam Śnieżnym Koniem. Raz dwa uporałam się z wiążącą mnie liną. Spojrzałam na przestraszonego Nigera i westchnęłam. Podniosłam przednią nogę i kopytem rozerwałam sznur, który go więził.
- Ty... ale ja myślałem że...
- Myślałeś że zostawię cię tu na pastwę losu tych głupich ludzi? Przestań, nawet ty nie zasłużyłeś na taką karę. To gorsze niż śmierć. - Niger uśmiechnął się do mnie, ale ja powstrzymałam go jednym ruchem kopyta
- No no, nie pozwalaj sobie za wiele. A teraz chodź, wiejemy.
- Zaraz... a co z nimi? - Niger wskazał głową na resztę koni
- Dla nich już za późno. Nie przeżyliby w dziczy 3 dni. Tu im będzie lepiej. Uciekajmy. - ruszyłam galopem w stronę pobliskiego lasu, ale w pewnym momencie się zatrzymałam.
- Co się stało Sode No Shirayuki? - spytał ogier - Jeśli się nie pośpieszymy znowu nas złapią. - odwróciłam się w stronę wystraszonych koni. Nie zobaczyłam go tam. Popędziłam w stronę płonącej stajni nie zważając na krzyki Nigera
- Spokojnie Niger, - usłyszałam jeszcze głos Lily - ona dobrze wie co robi. - pędziłam wprost do drzwi stajni. ludzie próbowali mnie zatrzymać, ale zręcznie ich wymijałam.
- Ta klacz, rzeczywiście ma predyspozycje na mistrzynie - pokiwał głową z uznaniem stajenny. Wtem natrafiłam na przeszkodę, która wydawałaby się nie do pokonania. Ogień zagrodził wejście do stajni. Postawiłam wszystko na jedną kartę. Przyśpieszyłam i... skoczyłam tuż nad szalejącymi płomieniami. W końcu znalazłam się w stajni. Nie pomyliłam się, na środku jednego z korytarzy leżał nieprzytomny Alfredo. Wzięłam go na grzbiet i ruszyłam w stronę wyjścia. Niestety wokół mnie szalał ogień i nie wiedziałam jak się przedostać. Wtem wpadłam na pewien pomysł. Wskoczyłam na skrzynię, która leżała na ziemi i przeskoczyłam do jednego z boksów. Zrzuciłam Alfreda na ziemię i zaczęłam kopać w ścianę. Pożar rozprzestrzeniał się coraz dalej. W końcu udało mi się wyłamać drewno. Wzięłam z powrotem nieprzytomnego ogiera na grzbiet i wybiegłam z nim na wybieg. Zrzuciłam go znowu na trawę. Alfredo zakasłał i ocknął się.
- Ty... mnie uratowałaś? - spytał słabym głosem - Ale przecież byłem dla ciebie niemiły. - powoli zaczęli do nas podchodzić ludzie, wiedziałam że muszę się sprężyć.
- Sode No Shirayuki - odparłam
- ? - nie zrozumiał Alfredo
- Sode No Shirayuki. Tak się nazywam. - odwróciłam pysk w stronę ogiera leżącego na ziemi - Wiele miesięcy temu byłam dokładnie taka jak ty, lecz dzięki lekcji którą doświadczyłam, zrozumiałam że nie ma nic bardziej wartościowego niż życie. Więc szczerze mówiąc wolałam tam zginąć razem z tobą niż patrzeć na twoją śmierć. - spojrzałam mu prosto w oczy
- Sode No... Shirayuki... - wyszeptał - dzię...kuje - jego głowa znów upadła na ziemię i ponownie stracił przytomność. Uśmiechnęłam się delikatnie.
- Tak, życie... Nie ma nic bardziej wartościowego - ludzie dotarli na wybieg i podchodzili do mnie i do Alfreda. Rozejrzałam się dookoła i spostrzegłam Mark'a. Zmrużyłam oczy i cofnęłam się o kilka kroków. A potem nagle i bez ostrzeżenia ruszyłam galopem prosto na niego. wyprężyłam całe swoje ciało i... przeskoczyłam największą przeszkodę swojego życia. Zdziwieni ludzie jeszcze długo wspominali ten skok, a ja dołączyłam do Nigera i Lily i razem popędziliśmy do lasu. Z pewnych źródeł wiem, że Alfredo przeżył, ale nie był już tym jakim go poznałam. W chwili w której wyjawiłam mu swoje imię zdobył moje zaufanie i zrozumiał też jak ważni są przyjaciele. Mark natomiast przestał tresować konie. Podobno wyjechał gdzieś na wieś i resztę życia chce poświęcić pracy na farmie. A co się stało ze mną? To już usłyszycie następnym razem...
- Pożar! - Wołali ludzie. Piorun uderzył w stajnie co wywołało pożar. Konie rzucały się niespokojnie w boksach, a ludzie biegali to tu, to tam wyprowadzając wierzchowce na zewnątrz. Wśród pierwszej partii znalazłam się ja. Patrzyłam jak wszystkie konie próbują urwać sznur i uciec jak najdalej od szalejącego żywiołu. Lecz ja stałam spokojnie. W końcu dostrzegłam to co chciałam. Niger był bezpieczny. Odetchnęłam z ulgą. Z mojej grzywy wyleciała obudzona wrzaskami ludzi, Lily
- Co się stało? - spytała wciąż zaspanym głosem
- Pożar rozpętał się w stajni - Lily natychmiast powróciło trzeźwe myślenie.
- Ale jak to? Nie było tu piorunochronów?
- Cóż, najwyraźniej nie. - patrzyłam jeszcze chwilę jak ludzie szleją wokół stajni próbując stłumić ogień, jak przywiązują do płotu obok mnie Nigera i jak przerażone konie uciekają ze swoich boksów. Kiedy Mark i reszta ludzi była zajęta szalejącym ogniem postanowiłam wykorzystać okazję i spróbować ucieczki. Co prawda nie miałam swoich mocy, ale mimo to nadal byłam Śnieżnym Koniem. Raz dwa uporałam się z wiążącą mnie liną. Spojrzałam na przestraszonego Nigera i westchnęłam. Podniosłam przednią nogę i kopytem rozerwałam sznur, który go więził.
- Ty... ale ja myślałem że...
- Myślałeś że zostawię cię tu na pastwę losu tych głupich ludzi? Przestań, nawet ty nie zasłużyłeś na taką karę. To gorsze niż śmierć. - Niger uśmiechnął się do mnie, ale ja powstrzymałam go jednym ruchem kopyta
- No no, nie pozwalaj sobie za wiele. A teraz chodź, wiejemy.
- Zaraz... a co z nimi? - Niger wskazał głową na resztę koni
- Dla nich już za późno. Nie przeżyliby w dziczy 3 dni. Tu im będzie lepiej. Uciekajmy. - ruszyłam galopem w stronę pobliskiego lasu, ale w pewnym momencie się zatrzymałam.
- Co się stało Sode No Shirayuki? - spytał ogier - Jeśli się nie pośpieszymy znowu nas złapią. - odwróciłam się w stronę wystraszonych koni. Nie zobaczyłam go tam. Popędziłam w stronę płonącej stajni nie zważając na krzyki Nigera
- Spokojnie Niger, - usłyszałam jeszcze głos Lily - ona dobrze wie co robi. - pędziłam wprost do drzwi stajni. ludzie próbowali mnie zatrzymać, ale zręcznie ich wymijałam.
- Ta klacz, rzeczywiście ma predyspozycje na mistrzynie - pokiwał głową z uznaniem stajenny. Wtem natrafiłam na przeszkodę, która wydawałaby się nie do pokonania. Ogień zagrodził wejście do stajni. Postawiłam wszystko na jedną kartę. Przyśpieszyłam i... skoczyłam tuż nad szalejącymi płomieniami. W końcu znalazłam się w stajni. Nie pomyliłam się, na środku jednego z korytarzy leżał nieprzytomny Alfredo. Wzięłam go na grzbiet i ruszyłam w stronę wyjścia. Niestety wokół mnie szalał ogień i nie wiedziałam jak się przedostać. Wtem wpadłam na pewien pomysł. Wskoczyłam na skrzynię, która leżała na ziemi i przeskoczyłam do jednego z boksów. Zrzuciłam Alfreda na ziemię i zaczęłam kopać w ścianę. Pożar rozprzestrzeniał się coraz dalej. W końcu udało mi się wyłamać drewno. Wzięłam z powrotem nieprzytomnego ogiera na grzbiet i wybiegłam z nim na wybieg. Zrzuciłam go znowu na trawę. Alfredo zakasłał i ocknął się.
- Ty... mnie uratowałaś? - spytał słabym głosem - Ale przecież byłem dla ciebie niemiły. - powoli zaczęli do nas podchodzić ludzie, wiedziałam że muszę się sprężyć.
- Sode No Shirayuki - odparłam
- ? - nie zrozumiał Alfredo
- Sode No Shirayuki. Tak się nazywam. - odwróciłam pysk w stronę ogiera leżącego na ziemi - Wiele miesięcy temu byłam dokładnie taka jak ty, lecz dzięki lekcji którą doświadczyłam, zrozumiałam że nie ma nic bardziej wartościowego niż życie. Więc szczerze mówiąc wolałam tam zginąć razem z tobą niż patrzeć na twoją śmierć. - spojrzałam mu prosto w oczy
- Sode No... Shirayuki... - wyszeptał - dzię...kuje - jego głowa znów upadła na ziemię i ponownie stracił przytomność. Uśmiechnęłam się delikatnie.
- Tak, życie... Nie ma nic bardziej wartościowego - ludzie dotarli na wybieg i podchodzili do mnie i do Alfreda. Rozejrzałam się dookoła i spostrzegłam Mark'a. Zmrużyłam oczy i cofnęłam się o kilka kroków. A potem nagle i bez ostrzeżenia ruszyłam galopem prosto na niego. wyprężyłam całe swoje ciało i... przeskoczyłam największą przeszkodę swojego życia. Zdziwieni ludzie jeszcze długo wspominali ten skok, a ja dołączyłam do Nigera i Lily i razem popędziliśmy do lasu. Z pewnych źródeł wiem, że Alfredo przeżył, ale nie był już tym jakim go poznałam. W chwili w której wyjawiłam mu swoje imię zdobył moje zaufanie i zrozumiał też jak ważni są przyjaciele. Mark natomiast przestał tresować konie. Podobno wyjechał gdzieś na wieś i resztę życia chce poświęcić pracy na farmie. A co się stało ze mną? To już usłyszycie następnym razem...
środa, 20 listopada 2013
11. Trening w piekle
Odpowiedź na to pytanie uzyskałam już następnego dnia. Mark wszedł do stajni i stanął przy moim boksie. Zaczęłam wierzgać i kopać wszystko dookoła. Człowiek chyba przewidział taką możliwość bo już po chwili celował we mnie z broni. Zdenerwowana zaczęłam kręcić się w kółko i wierzgać jeszcze bardziej gdy wtem... broń wystrzeliła. Zaczęło mi się kręcić w głowie i straciłam wszystkie siły. Mark poczekał jeszcze kilka minut i wszedł do mojego boksu. Stanął tuż przed moim pyskiem. I zaśmiał mi się prosto w twarz.
- Środek uspokajający. Podoba ci się co? - Mark założył mi uzdę i wyprowadził ze stajni nie mogłam mu się przeciwstawić. Zaprowadził mnie na wybieg. Wyrwałam się i pobiegłam na drugi koniec wybiegu. Mark powoli zbliżał się do mnie. Nie miałam siły go odpędzić, ani gdzie uciec. Nie mogłam nawet przyskoczyć płotu. Mark wyciągnął bat. Stanęłam jak skamieniała. Bicz trzasnął tuż przed moim pyskiem.
- Zaraz nauczymy cię posłuszeństwa. - w tej chwili marzyłam tylko o jednym. Żeby środek uspokajający przestał działać. Tymczasem Mark wziął siodło i założył mi je na grzbiecie. Patrzyłam na niego, a w moich oczach można było dostrzec nienawiść. I choć nie było można tego zobaczyć, za tą nienawiścią i złością czaił się promyk bólu, lęku przepełnionego nadzieją. Tylko nieliczni mogli to dostrzec w moich oczach. Ta nadzieja nikła bowiem z każdym dniem, godziną, sekundą mojego życia. Nikt nie mógł mnie zrozumieć. Przez kilka godzin byłam marionetką Mark'a. W końcu jednak poczułam, że środek uspokajający przestawał działać. I w to mi graj. Zaczęłam się powoli gwałtowniej ruszać, próbując zrzucić z grzbietu Mark'a. On także zaczął chyba odczuwać słabnięcie jego naboju. Zszedł więc z mojego grzbietu i chciał mnie zaprowadzić do boksu, lecz środek osłabł na tyle, żebym mogła mu się oprzeć. Mocował się ze mną kilkanaście minut, ale w końcu musiałam mu ustąpić. Wyciągnął bat. Pozwoliłam się więc zaprowadzić do boksu. Po jakiejś godzinie środek uspokajający przestał całkowicie działać. Znów byłam sobą. Jednak było coś co zwróciło moją uwagę. Niger. Był jakiś zatroskany i smutny. Jakby się o coś... lub o kogoś bał, martwił. Zrobiło mi się go żal. Po raz pierwszy od spotkania Lily poczułam chęć przebywania w czyimś towarzystwie. Zmartwiona i wykończona usiadłam na betonowej podłodze. Patrzyłam jak przez dobrą godzinę Niger chodził w kółko po swoim boksie. Wtedy po raz pierwszy poczułam jakby jakaś niewidzialna siła, rozdzierała mi serce.
- Środek uspokajający. Podoba ci się co? - Mark założył mi uzdę i wyprowadził ze stajni nie mogłam mu się przeciwstawić. Zaprowadził mnie na wybieg. Wyrwałam się i pobiegłam na drugi koniec wybiegu. Mark powoli zbliżał się do mnie. Nie miałam siły go odpędzić, ani gdzie uciec. Nie mogłam nawet przyskoczyć płotu. Mark wyciągnął bat. Stanęłam jak skamieniała. Bicz trzasnął tuż przed moim pyskiem.
- Zaraz nauczymy cię posłuszeństwa. - w tej chwili marzyłam tylko o jednym. Żeby środek uspokajający przestał działać. Tymczasem Mark wziął siodło i założył mi je na grzbiecie. Patrzyłam na niego, a w moich oczach można było dostrzec nienawiść. I choć nie było można tego zobaczyć, za tą nienawiścią i złością czaił się promyk bólu, lęku przepełnionego nadzieją. Tylko nieliczni mogli to dostrzec w moich oczach. Ta nadzieja nikła bowiem z każdym dniem, godziną, sekundą mojego życia. Nikt nie mógł mnie zrozumieć. Przez kilka godzin byłam marionetką Mark'a. W końcu jednak poczułam, że środek uspokajający przestawał działać. I w to mi graj. Zaczęłam się powoli gwałtowniej ruszać, próbując zrzucić z grzbietu Mark'a. On także zaczął chyba odczuwać słabnięcie jego naboju. Zszedł więc z mojego grzbietu i chciał mnie zaprowadzić do boksu, lecz środek osłabł na tyle, żebym mogła mu się oprzeć. Mocował się ze mną kilkanaście minut, ale w końcu musiałam mu ustąpić. Wyciągnął bat. Pozwoliłam się więc zaprowadzić do boksu. Po jakiejś godzinie środek uspokajający przestał całkowicie działać. Znów byłam sobą. Jednak było coś co zwróciło moją uwagę. Niger. Był jakiś zatroskany i smutny. Jakby się o coś... lub o kogoś bał, martwił. Zrobiło mi się go żal. Po raz pierwszy od spotkania Lily poczułam chęć przebywania w czyimś towarzystwie. Zmartwiona i wykończona usiadłam na betonowej podłodze. Patrzyłam jak przez dobrą godzinę Niger chodził w kółko po swoim boksie. Wtedy po raz pierwszy poczułam jakby jakaś niewidzialna siła, rozdzierała mi serce.
wtorek, 12 listopada 2013
10. Trzepot skrzydeł
Następnego dnia nie czułam się najlepiej. Gdy stajenny przyszedł nakarmić konie i chciał wejść do mojego boksu, nie miałam siły nawet się na niego rzucić. Człowiek też to chyba zauważył bo zaraz wybiegł ze stajni, a wracając przyprowadził człowieka który złapał mnie i Nigera.
- Więc co się jej stało? - zapytał ów człowiek
- Sam nie wiem. Wygląda jakby było jej gorąco panie Mark - odparł stejenny. Rzeczywiście. Było mi strasznie gorąco i duszno. A to niepodobne do Śnieżnych Koni.
- Wezwiemy weterynarza - powiedział człowiek nazwany Mark'iem - Do tego czasu zajmij się resztą koni.
- Tak jest. - kiedy stajenny zajął się wszystkimi wierzchowcami wyszedł ze stajni, a ja próbowałam wstać jednak było mi zbyt duszno.
- Nic ci nie jest Sode No Shirayuki? - zapytał z troską w głosie Niger.
- Jeszcze nie upadłam tak nisko żebyś musiał się o mnie martwić - odparłam sucho. W końcu udało mi się stanąć na nogi. Postanowiłam przywołać burzę śnieżną w moim boksie żeby się ochłodzić, jednak coś było nie tak...
- Straciłam swoje moce! - krzyknęłam zdumiona. Wtem z mojej grzywy wyleciała Lily i powiedziała:
- Co się stało No?
- Coś ze mną nie tak. Straciłam swoje moce i jest mi strasznie gorąco. - znów upadłam na ziemie - Nigdy wcześniej się tak nie czułam, Lily pomóż... - coś mi nie pasowało - Zaraz, zaraz... jak mogłam stracić moce skoro wciąż rozumiem co mówisz?
- Dlatego, że ta moc płynie z twego serca. Nic nie może ci jej odebrać, aczkolwiek nie dotyczy to twoich pozostałych mocy. - Lily przerwała na chwilę, a potem wylądowała na moim pysku. Nagle poczułam wielką ulgę. Zrobiło mi się chłodniej. Odzyskałam siły. Spojrzałam na Lily, a ona uśmiechnęła się.
- Jak ty to zrobiłaś? - spytałam
- To jedna ze specjalnych mocy Mroźnych Motyli. Nigdy ci o nich nie mówiłam ale myślę że tak było lepiej.
- Dziękuję Lily. - powiedziałam - Ale to nadal nie wyjaśnia czemu straciłam moce - nagle usłyszałam jakieś skrzypnięcie.
- Ludzie idą - szepnęłam, a Lily jak na komendę schowała się w mojej grzywie. Do mojego boksu podszedł wysoki i starszy człowiek z ponurą twarzą i bez obojętnymi oczami. Jak ja dobrze znam te oczy...
- Więc to jest ta klacz? - spytał. Chciał wejść do mojego boksu, ale ja mu nie pozwoliłam. Doktor cofnął się szybko, żeby uniknąć mojego kopnięcia.
- Jak dla mnie wygląda na okaz zdrowia - stwierdził, odwracając się w stronę stajennego.
- Ale ja... byłbym przysiągł że... - stajenny drapał się po głowie, ale po chwili znów odezwał się weterynarz.
- A więc to o tą klacz, cała ta afera. - spojrzał na mnie i zaczął mnie przyszywać wzrokiem. Aż ciarki mnie przeszły.
- Tak, to ona.
- No no no, całkiem niezła sztuka. - ocenił z miną znawcy - Na pewno będzie z niej pożytek. - odwrócił się na pięcie i wyszedł ze stajennym ze stajni. A ja zaczęłam się zastanawiać, co oni chcą ze mną zrobić.
- Więc co się jej stało? - zapytał ów człowiek
- Sam nie wiem. Wygląda jakby było jej gorąco panie Mark - odparł stejenny. Rzeczywiście. Było mi strasznie gorąco i duszno. A to niepodobne do Śnieżnych Koni.
- Wezwiemy weterynarza - powiedział człowiek nazwany Mark'iem - Do tego czasu zajmij się resztą koni.
- Tak jest. - kiedy stajenny zajął się wszystkimi wierzchowcami wyszedł ze stajni, a ja próbowałam wstać jednak było mi zbyt duszno.
- Nic ci nie jest Sode No Shirayuki? - zapytał z troską w głosie Niger.
- Jeszcze nie upadłam tak nisko żebyś musiał się o mnie martwić - odparłam sucho. W końcu udało mi się stanąć na nogi. Postanowiłam przywołać burzę śnieżną w moim boksie żeby się ochłodzić, jednak coś było nie tak...
- Straciłam swoje moce! - krzyknęłam zdumiona. Wtem z mojej grzywy wyleciała Lily i powiedziała:
- Co się stało No?
- Coś ze mną nie tak. Straciłam swoje moce i jest mi strasznie gorąco. - znów upadłam na ziemie - Nigdy wcześniej się tak nie czułam, Lily pomóż... - coś mi nie pasowało - Zaraz, zaraz... jak mogłam stracić moce skoro wciąż rozumiem co mówisz?
- Dlatego, że ta moc płynie z twego serca. Nic nie może ci jej odebrać, aczkolwiek nie dotyczy to twoich pozostałych mocy. - Lily przerwała na chwilę, a potem wylądowała na moim pysku. Nagle poczułam wielką ulgę. Zrobiło mi się chłodniej. Odzyskałam siły. Spojrzałam na Lily, a ona uśmiechnęła się.
- Jak ty to zrobiłaś? - spytałam
- To jedna ze specjalnych mocy Mroźnych Motyli. Nigdy ci o nich nie mówiłam ale myślę że tak było lepiej.
- Dziękuję Lily. - powiedziałam - Ale to nadal nie wyjaśnia czemu straciłam moce - nagle usłyszałam jakieś skrzypnięcie.
- Ludzie idą - szepnęłam, a Lily jak na komendę schowała się w mojej grzywie. Do mojego boksu podszedł wysoki i starszy człowiek z ponurą twarzą i bez obojętnymi oczami. Jak ja dobrze znam te oczy...
- Więc to jest ta klacz? - spytał. Chciał wejść do mojego boksu, ale ja mu nie pozwoliłam. Doktor cofnął się szybko, żeby uniknąć mojego kopnięcia.
- Jak dla mnie wygląda na okaz zdrowia - stwierdził, odwracając się w stronę stajennego.
- Ale ja... byłbym przysiągł że... - stajenny drapał się po głowie, ale po chwili znów odezwał się weterynarz.
- A więc to o tą klacz, cała ta afera. - spojrzał na mnie i zaczął mnie przyszywać wzrokiem. Aż ciarki mnie przeszły.
- Tak, to ona.
- No no no, całkiem niezła sztuka. - ocenił z miną znawcy - Na pewno będzie z niej pożytek. - odwrócił się na pięcie i wyszedł ze stajennym ze stajni. A ja zaczęłam się zastanawiać, co oni chcą ze mną zrobić.
wtorek, 5 listopada 2013
9. Stajnia
Kiedy otworzyłam oczy, ujrzałam przed sobą twarz człowieka. Uśmiechał się i pokazywał na mnie palcem. Coś mi się nie podobało w tym uśmiechu. Było w nim coś złego. Po chwili dostrzegłam, że ów człowiek mówi do swojego kolegi który przyglądał mi się badawczo. Szybko wstałam i chciałam się rzucić na tych ludzi, ale coś mi nie pozwoliło. Rozejrzałam się dookoła i okazało się, że byłam w jakimś ciemnym i ciasnym pomieszczeniu. Po moich bokach były ściany, a przede mną ukazały się metalowe kraty. Byłam w boksie. Nie będę ukrywać, że się przestraszyłam. Pierwszy raz, w nieznanym mi otoczeniu. Kto by się nie bał?
- Oo, widzi pan, jaka bestia? Będzie trzeba się nad nią nieźle napracować, ale będzie warto. - powiedział pierwszy człowiek. Drugi podszedł bliżej i odpowiedział:
- No pewnie, że będzie warto. Widziałem jak chciała się rzucić na tamtego wielkiego ogiera - teraz przyjrzałam mu się z bliska i dostrzegłam w nim ten sam bezobojętny wyraz twarzy nim straciłam przytomność.
- Już nie raz dawałeś sobie radę z lepszymi od niej. - odrzekł ten pierwszy - Jeszcze będzie wygrywać zawody - dodał, po czym razem ze swoim koleżką wyszli. Teraz wystawiłam pysk za kraty i rozejrzałam się. Wszędzie były takie same boksy, a w jednym z nich siedział Niger.
- Sode No Shirayuki? To ty? - usłyszałam
- Niger? - spytałam dla pewności
- Tak to ja. Wiesz gdzie my jesteśmy?
- A co, myślisz że ja jestem jakąś informacją turystyczną czy jak? - byłam wściekła. Nie tylko na niego ale i na wszystko. Miałam ochotę gryźć i kopać wszystko co popadnie.
- O, jacyś nowi? - usłyszałam inny głos
- Kim jesteś? - spytałam groźnie
- Spokojnie, spokojnie. Nie tak ostro. - spojrzałam w prawo i zobaczyłam do kogo należy ten głos. Był to gniady ogier.
- Witaj, witaj ślicznotko - powiedział
- Nie jestem żadną ślicznotką. Nie waż się tak do mnie odzywać - moja złość powoli osiągała punkt krytyczny
- Ho, ho, ho, mamy twardą sztukę. Nazywam się Alfredo, a ty mała?
- Nie twoja sprawa - odcięłam się
- Ja usłyszałem dokładnie to samo - westchnął Niger. Zignorowałam go. Alfredo wyszedł ze swojego luksusowego boksu i podszedł do mojego.
- Jesteś niegrzeczną dziewczynką słodziutka. Ale już niedługo zajmie się tobą nasz treser, a u niego nie ma taryf ulgowych. Lepiej się przygotuj. Widzisz tą klacz? - wskazał na wejście do stajni, przez które właśnie wprowadzali izabelowatą klacz - Kiedyś była taka dzika jak ty, ale teraz jest łagodna jak baranek. - zaśmiał się szyderczo
- Ha ha, super. A możesz mi chociaż powiedzieć gdzie ja jestem? - ogier uśmiechnął się i powiedział
- Ależ jesteś oczywiście w naszej stajni, gdzie spędzisz resztę swojego życia. - po czym odwrócił się i wrócił do siebie
- Stajnia? - powiedziałam do siebie - Ludzie? Treser? O co w tym chodzi? - położyłam się na zimnym betonie i zaczęłam nad tym wszystkim rozmyślać. Co się ze mną stanie? Kim jest treser? Co zamierza zrobić Alfredo? Czy rzeczywiście zostanę tu do końca życia? Te pytania tak mnie zmęczyły, że po paru minutach oczy kleiły mi się do powiek. Zanim jednak zasnęłam, pomyślałam o moich rodzicach. Czy kiedykolwiek usłyszę jeszcze ich głosy? Zamknęłam oczy, a po policzku spłynęła mi łza. Zanim zdołała jednak upaść na twardym betonie ja pogrążyłam się w głębokim śnie...
- Oo, widzi pan, jaka bestia? Będzie trzeba się nad nią nieźle napracować, ale będzie warto. - powiedział pierwszy człowiek. Drugi podszedł bliżej i odpowiedział:
- No pewnie, że będzie warto. Widziałem jak chciała się rzucić na tamtego wielkiego ogiera - teraz przyjrzałam mu się z bliska i dostrzegłam w nim ten sam bezobojętny wyraz twarzy nim straciłam przytomność.
- Już nie raz dawałeś sobie radę z lepszymi od niej. - odrzekł ten pierwszy - Jeszcze będzie wygrywać zawody - dodał, po czym razem ze swoim koleżką wyszli. Teraz wystawiłam pysk za kraty i rozejrzałam się. Wszędzie były takie same boksy, a w jednym z nich siedział Niger.
- Sode No Shirayuki? To ty? - usłyszałam
- Niger? - spytałam dla pewności
- Tak to ja. Wiesz gdzie my jesteśmy?
- A co, myślisz że ja jestem jakąś informacją turystyczną czy jak? - byłam wściekła. Nie tylko na niego ale i na wszystko. Miałam ochotę gryźć i kopać wszystko co popadnie.
- O, jacyś nowi? - usłyszałam inny głos
- Kim jesteś? - spytałam groźnie
- Spokojnie, spokojnie. Nie tak ostro. - spojrzałam w prawo i zobaczyłam do kogo należy ten głos. Był to gniady ogier.
- Witaj, witaj ślicznotko - powiedział
- Nie jestem żadną ślicznotką. Nie waż się tak do mnie odzywać - moja złość powoli osiągała punkt krytyczny
- Ho, ho, ho, mamy twardą sztukę. Nazywam się Alfredo, a ty mała?
- Nie twoja sprawa - odcięłam się
- Ja usłyszałem dokładnie to samo - westchnął Niger. Zignorowałam go. Alfredo wyszedł ze swojego luksusowego boksu i podszedł do mojego.
- Jesteś niegrzeczną dziewczynką słodziutka. Ale już niedługo zajmie się tobą nasz treser, a u niego nie ma taryf ulgowych. Lepiej się przygotuj. Widzisz tą klacz? - wskazał na wejście do stajni, przez które właśnie wprowadzali izabelowatą klacz - Kiedyś była taka dzika jak ty, ale teraz jest łagodna jak baranek. - zaśmiał się szyderczo
- Ha ha, super. A możesz mi chociaż powiedzieć gdzie ja jestem? - ogier uśmiechnął się i powiedział
- Ależ jesteś oczywiście w naszej stajni, gdzie spędzisz resztę swojego życia. - po czym odwrócił się i wrócił do siebie
- Stajnia? - powiedziałam do siebie - Ludzie? Treser? O co w tym chodzi? - położyłam się na zimnym betonie i zaczęłam nad tym wszystkim rozmyślać. Co się ze mną stanie? Kim jest treser? Co zamierza zrobić Alfredo? Czy rzeczywiście zostanę tu do końca życia? Te pytania tak mnie zmęczyły, że po paru minutach oczy kleiły mi się do powiek. Zanim jednak zasnęłam, pomyślałam o moich rodzicach. Czy kiedykolwiek usłyszę jeszcze ich głosy? Zamknęłam oczy, a po policzku spłynęła mi łza. Zanim zdołała jednak upaść na twardym betonie ja pogrążyłam się w głębokim śnie...
wtorek, 29 października 2013
8. Porwanie
Niger stawał się coraz bardziej natarczywy. Ciągle do mnie zagadywał i próbował mnie zrozumieć. Jakby mu się to udało... Cały czas mnie denerwował. Chodził za mną w kółko i nie dawał chwili spokoju. Ciągle musiałam przenosić się w inne miejsce. Lily nie odezwała się do mnie słowem od czasu rozmowy z Nigerem. Miałam wrażenie, że cały świat jest przeciwko mnie. Któregoś dnia kiedy otworzyłam oczy zobaczyłam na ziemi napisaną wiadomość. " Przyjdź w południe pod granice stada " .- Och, znowu on? Nie daje mi chwili spokoju. - postanowiłam jednak pójść i raz na zawsze przemówić mu do rozsądku. Miałam całe przedpołudnie dla siebie. Postanowiłam wykorzystać ten czas na rozmowę z Lily.
- Lily? - zaczęłam - Chciałabym pogadać.
- A o czym? - spytała beztrosko wylatując z mojej grzywy.
- No... wiesz... o tym co się nie dawno stało. - nie wiedziałam co mam powiedzieć. W końcu to nie była moja wina. Emocje wzięły nade mną górę.
- Och, a już myślałam że będziesz mnie ignorować do końca życia. Posłuchaj No, - zaczęła siadając na moim pysku - wyszło jak wyszło ale to nie powód, żebyśmy przestały się ze sobą przyjaźnić.
- No wiem, ale... wciąż mi głupio. Przecież złamałam obietnicę. - była to prawda. Przed dołączeniem do tego stada, obiecałam Lily że przestanę krzyczeć na innych. Niestety mi to nie wyszło...
- To cię tylko umocniło. Teraz zanim zaczniesz na kogoś krzyczeć, zastanowisz się nim powiesz coś co może tego kogoś urazić. Każdy na tym świecie ma jakieś swoje słabości, ale przecież to właśnie one czynią cię lepszym i mądrzejszym. Nie ma powodu do wstydzenia się ze swoich wad. Wręcz przeciwnie. Należy być z nich dumnym, bo to właśnie one czynią cię tym kim jesteś. - uśmiechnęłam się. Lily miała rację. Cieszę się, że jednak nasza przyjaźń się nieskończyła. Przez resztę przedpołudnia razem z Lily plotkowałyśmy sobie na różne tematy, a kiedy wreszcie słońce było już wysoko ruszyłam w kierunku granic stada. Na miejscu czekał Niger.
- Więc jednak przyszłaś Sode No Shirayuki. - ucieszył się. Spojrzałam do góry i westchnęłam. Ogier podszedł bliżej.
- Chce żebyśmy sobie coś raz na zawsze wyjaśnili... - zaczęłam, ale Niger wtrącił mi się w słowo
- Właśnie o to mi chodziło. Posłuchaj... Sode ja...
- Nie mów do mnie Sode - ostrzegłam go
- Ach, no tak przepraszam. Więc... chciałem cię przeprosić, za tamto wcześniejsze. Ja nie wiedziałem i... - zaciął się. Domyśliłam się, że nie ściągnął mnie tu tylko aby mnie przeprosić. Wziął głęboki oddech i powiedział:
- Posłuchaj... ja wiem że znamy się niedługo... ale chce powiedzieć że... ja... - wziął jeszcze jeden głęboki oddech i:
- Sode No Shirayuki, kocham cię! - krzyknął. To wytrąciło mnie z równowagi. Już chciałam mu odpowiedzieć, że nie obchodzi mnie jego miłość i żeby dał mi wreszcie spokój, ale nagle... poczułam dziwny ból. Zaczęło mi się kręcić w głowie. Traciłam powoli wszystkie siły. Niger upadł. Rozejrzałam się jeszcze szybko dookoła. Za mną stał człowiek ze strzelbą. Jeszcze raz się zachwiałam i znów poczułam silny ból. Nie mogłam dłużej z nim walczyć. Nogi ugieły się pode mną i upadłam. Zdołałam jeszcze dostrzec idącego w moim kierunku człowieka, z obojętnym wyrazem twarzy...
- Lily? - zaczęłam - Chciałabym pogadać.
- A o czym? - spytała beztrosko wylatując z mojej grzywy.
- No... wiesz... o tym co się nie dawno stało. - nie wiedziałam co mam powiedzieć. W końcu to nie była moja wina. Emocje wzięły nade mną górę.
- Och, a już myślałam że będziesz mnie ignorować do końca życia. Posłuchaj No, - zaczęła siadając na moim pysku - wyszło jak wyszło ale to nie powód, żebyśmy przestały się ze sobą przyjaźnić.
- No wiem, ale... wciąż mi głupio. Przecież złamałam obietnicę. - była to prawda. Przed dołączeniem do tego stada, obiecałam Lily że przestanę krzyczeć na innych. Niestety mi to nie wyszło...
- To cię tylko umocniło. Teraz zanim zaczniesz na kogoś krzyczeć, zastanowisz się nim powiesz coś co może tego kogoś urazić. Każdy na tym świecie ma jakieś swoje słabości, ale przecież to właśnie one czynią cię lepszym i mądrzejszym. Nie ma powodu do wstydzenia się ze swoich wad. Wręcz przeciwnie. Należy być z nich dumnym, bo to właśnie one czynią cię tym kim jesteś. - uśmiechnęłam się. Lily miała rację. Cieszę się, że jednak nasza przyjaźń się nieskończyła. Przez resztę przedpołudnia razem z Lily plotkowałyśmy sobie na różne tematy, a kiedy wreszcie słońce było już wysoko ruszyłam w kierunku granic stada. Na miejscu czekał Niger.
- Więc jednak przyszłaś Sode No Shirayuki. - ucieszył się. Spojrzałam do góry i westchnęłam. Ogier podszedł bliżej.
- Chce żebyśmy sobie coś raz na zawsze wyjaśnili... - zaczęłam, ale Niger wtrącił mi się w słowo
- Właśnie o to mi chodziło. Posłuchaj... Sode ja...
- Nie mów do mnie Sode - ostrzegłam go
- Ach, no tak przepraszam. Więc... chciałem cię przeprosić, za tamto wcześniejsze. Ja nie wiedziałem i... - zaciął się. Domyśliłam się, że nie ściągnął mnie tu tylko aby mnie przeprosić. Wziął głęboki oddech i powiedział:
- Posłuchaj... ja wiem że znamy się niedługo... ale chce powiedzieć że... ja... - wziął jeszcze jeden głęboki oddech i:
- Sode No Shirayuki, kocham cię! - krzyknął. To wytrąciło mnie z równowagi. Już chciałam mu odpowiedzieć, że nie obchodzi mnie jego miłość i żeby dał mi wreszcie spokój, ale nagle... poczułam dziwny ból. Zaczęło mi się kręcić w głowie. Traciłam powoli wszystkie siły. Niger upadł. Rozejrzałam się jeszcze szybko dookoła. Za mną stał człowiek ze strzelbą. Jeszcze raz się zachwiałam i znów poczułam silny ból. Nie mogłam dłużej z nim walczyć. Nogi ugieły się pode mną i upadłam. Zdołałam jeszcze dostrzec idącego w moim kierunku człowieka, z obojętnym wyrazem twarzy...
środa, 23 października 2013
7. Złamane serce
Wpatrywałam się w niego dłuższą chwilę, z szeroko otwartymi oczami. Zgaduje że wyglądało to dosyć dziwnie ponieważ ów ogier odezwał się niepewnym głosem:
- Coś ci się stało? - otrząsnęłam się i po chwili wróciłam do swojego dawnego zachowania
- Nie. A teraz odejdź, nie mam ochoty na twoje towarzystwo.
- Oj, nie nie, czekaj. Mam na imię Niger. A ty? - zapytał
- Nie twoja sprawa - odparłam. Chciałam iść dalej, ale ten zagrodził mi drogę.
- Czekaj, proszę. - poprosił. Chyba nie wiedział co powiedzieć, bo zamilkł a ja skorzystałam z okazji i ruszyłam przed siebie.
- Był całkiem miły... i przystojny - odezwała się Lily.
- Och, daj spokój. To na pewno przypadek. Wyglądał jakby mnie spotkał pierwszy raz w życiu.
- Nie mówię, że nie... - Lily westchnęła i wleciała do mojej grzywy. A ja położyłam się na trawie i usnęłam.
***
Następnego dnia postanowiłam przejść się na spacer. Na moje nieszczęście znów spotkałam tego "przystojnego" ogiera. Gdy tylko mnie zobaczył natychmiast podbiegł w moim kierunku.
- Hej, pamiętasz mnie? Spotkaliśmy się wczoraj. - uśmiechnął się
- A jakże - odparłam lekceważącym tonem
- Wczoraj dołączyłaś do stada, prawda? Li wszystko mi powiedziała. Nazywasz się Sode No Shirayuki tak?
- Nawet jeśli co ci do tego. - Niger nie poddawał się tak łatwo
- Przepraszam jeśli coś ci powiedziałem. Nie chciałem cię niczym urazić. - zanim zdążyłam cokolwiek odpowiedzieć z mojej grzywy wyleciała Lily
- Nie musisz jej za nic przepraszać. To nie twoja wina. Tylko jej charakteru. - powiedziała do Nigera ale niestety zwykły ziemski koń nie był w stanie zrozumieć mowy Mroźnego Motyla.
- Jaki ładny motylek. To twój zwierzaczek?
- Że niby jak?! - oburzyłam się - Lily to żaden zwierzaczek, to moja przyjaciółka i wiesz co... żegnam! - wściekła popędziłam galopem w stronę lasu. Chciałam jak najszybciej uciec od tego głupiego stada. W końcu zatrzymałam się pod jakimś wielkim rozłożystym drzewem. Lily nic nie powiedziała, tylko schowała się w mojej grzywie. A ja obrażona na cały świat i każde żywe stworzenie znów pozostałam sama. Towarzyszyły mi tylko łzy... i złamane serce.
- Coś ci się stało? - otrząsnęłam się i po chwili wróciłam do swojego dawnego zachowania
- Nie. A teraz odejdź, nie mam ochoty na twoje towarzystwo.
- Oj, nie nie, czekaj. Mam na imię Niger. A ty? - zapytał
- Nie twoja sprawa - odparłam. Chciałam iść dalej, ale ten zagrodził mi drogę.
- Czekaj, proszę. - poprosił. Chyba nie wiedział co powiedzieć, bo zamilkł a ja skorzystałam z okazji i ruszyłam przed siebie.
- Był całkiem miły... i przystojny - odezwała się Lily.
- Och, daj spokój. To na pewno przypadek. Wyglądał jakby mnie spotkał pierwszy raz w życiu.
- Nie mówię, że nie... - Lily westchnęła i wleciała do mojej grzywy. A ja położyłam się na trawie i usnęłam.
***
Następnego dnia postanowiłam przejść się na spacer. Na moje nieszczęście znów spotkałam tego "przystojnego" ogiera. Gdy tylko mnie zobaczył natychmiast podbiegł w moim kierunku.
- Hej, pamiętasz mnie? Spotkaliśmy się wczoraj. - uśmiechnął się
- A jakże - odparłam lekceważącym tonem
- Wczoraj dołączyłaś do stada, prawda? Li wszystko mi powiedziała. Nazywasz się Sode No Shirayuki tak?
- Nawet jeśli co ci do tego. - Niger nie poddawał się tak łatwo
- Przepraszam jeśli coś ci powiedziałem. Nie chciałem cię niczym urazić. - zanim zdążyłam cokolwiek odpowiedzieć z mojej grzywy wyleciała Lily
- Nie musisz jej za nic przepraszać. To nie twoja wina. Tylko jej charakteru. - powiedziała do Nigera ale niestety zwykły ziemski koń nie był w stanie zrozumieć mowy Mroźnego Motyla.
- Jaki ładny motylek. To twój zwierzaczek?
- Że niby jak?! - oburzyłam się - Lily to żaden zwierzaczek, to moja przyjaciółka i wiesz co... żegnam! - wściekła popędziłam galopem w stronę lasu. Chciałam jak najszybciej uciec od tego głupiego stada. W końcu zatrzymałam się pod jakimś wielkim rozłożystym drzewem. Lily nic nie powiedziała, tylko schowała się w mojej grzywie. A ja obrażona na cały świat i każde żywe stworzenie znów pozostałam sama. Towarzyszyły mi tylko łzy... i złamane serce.
środa, 16 października 2013
6. Tajemniczy ogier
Li nie była taka jak pozostałe konie. Potrafiła w każdym dostrzec dobre cechy. Była pierwszym koniem, który rozmawiał ze mną dłużej niż 5 minut.
- Jesteś taka od urodzenia czy coś się stało? - spytała w drodze do stada.
- Nie twoja sprawa. - powiedziałam sucho - Dołączyłam do tego twojego stada tylko dlatego, że Lily mnie poprosiła. - na dźwięk swojego imienia Lily wyleciała z mojej grzywy.
- To tylko dla twojego dobra. - powiedziała. Westchnęłam i zwróciłam się w stronę Li:
- Tak w ogóle to czemu nie zdziwiłaś się widząc moje moce? Każdy normalniejszy koń uciekłby z wrzaskiem.
- Wiesz... tak szczerze mówiąc też się trochę przestraszyłam, ale jednak... coś mnie zatrzymało. No jesteśmy na miejscu. - dodała po chwili. Rozejrzałam się wokół. Byłyśmy na dużej łące. Wszędzie była soczysta trawa, a słońce dawało się mocno we znaki. W oddali zobaczyłam pasące się konie. Wtem przed moimi oczami pojawiła się Lily.
- Nawet o tym nie myśl. - powiedziała stanowczo
- Oj, przecież wiem. - odparłam. Pozostałe konie chyba zauważyły Li , bo zaraz pogalopowały w naszym kierunku.
- Hej Li. Gdzie byłaś? Kto to? - spytała jakaś klacz.
- Witaj Nicol. To jest Sode No Shirayuki. Od dziś należy do naszego stada.
- Fajnie. Nowych członków nigdy dość.
- Cześć, nazywam się Nola. Miło mi - przywitała się inna klacz
- A mi nie, spadaj. - odparłam sucho. Nola stanęła jak posąg. Po chwili jednak odezwała się do Li niepewnym głosem:
- Jesteś pewna? Ona nie wygląda mi... na duszę towarzystwa. - Li pokiwała tylko głową
- Jest jaka jest, ale proszę uszanujcie jej charakter. No dobrze koniec tego zbiegowiska. Oprowadzić cię po reszcie stada Sode? -zwróciła się do mnie.
- Nie dziękuje. Nie mam 5 miesięcy. Aha, jeszcze jedna rzecz. Nie mów do mnie Sode. Jasne? - odwróciłam się i poszłam w swoją stronę.
- No wiesz co, nieładnie się zachowałaś. - skarciła mnie Lily.
- Wiem, wiem. Ale nie zmienię się choćbym nie wiem jak próbowała - Lily westchnęła i postanowiła zmienić temat.
- A jak ten tajemniczy ogier? Wciąż ci się śni po nocach?
- Tak. Nie mam pojęcia kim on jest. Nie przypominam sobie żebym go kiedyś spotkała.
- A może to wybranek twojego losu? - zażartowała Lily
- Ha ha ha. Bardzo śmieszne. - skomentowałam - Wątpię czy jeszcze kiedyś go spotkam. A poza tym, to mi się pewnie przywidziało.
- Jesteś tego absolutnie pewna No? - powiedziała Lily dziwnym głosem.
- Oczywiście. A czemu pytasz? - Lily wpatrywała się w coś za mną i zawisła w powietrzu jak skamieniała.
- Jeśli naprawdę tak jest, to lepiej się odwróć. - nie wiedziałam o co jej chodzi. Odwróciłam się powoli i otworzyłam szeroko oczy ze zdumienia. Przede mną stał "tejemniczy ogier".
- Jesteś taka od urodzenia czy coś się stało? - spytała w drodze do stada.
- Nie twoja sprawa. - powiedziałam sucho - Dołączyłam do tego twojego stada tylko dlatego, że Lily mnie poprosiła. - na dźwięk swojego imienia Lily wyleciała z mojej grzywy.
- To tylko dla twojego dobra. - powiedziała. Westchnęłam i zwróciłam się w stronę Li:
- Tak w ogóle to czemu nie zdziwiłaś się widząc moje moce? Każdy normalniejszy koń uciekłby z wrzaskiem.
- Wiesz... tak szczerze mówiąc też się trochę przestraszyłam, ale jednak... coś mnie zatrzymało. No jesteśmy na miejscu. - dodała po chwili. Rozejrzałam się wokół. Byłyśmy na dużej łące. Wszędzie była soczysta trawa, a słońce dawało się mocno we znaki. W oddali zobaczyłam pasące się konie. Wtem przed moimi oczami pojawiła się Lily.
- Nawet o tym nie myśl. - powiedziała stanowczo
- Oj, przecież wiem. - odparłam. Pozostałe konie chyba zauważyły Li , bo zaraz pogalopowały w naszym kierunku.
- Hej Li. Gdzie byłaś? Kto to? - spytała jakaś klacz.
- Witaj Nicol. To jest Sode No Shirayuki. Od dziś należy do naszego stada.
- Fajnie. Nowych członków nigdy dość.
- Cześć, nazywam się Nola. Miło mi - przywitała się inna klacz
- A mi nie, spadaj. - odparłam sucho. Nola stanęła jak posąg. Po chwili jednak odezwała się do Li niepewnym głosem:
- Jesteś pewna? Ona nie wygląda mi... na duszę towarzystwa. - Li pokiwała tylko głową
- Jest jaka jest, ale proszę uszanujcie jej charakter. No dobrze koniec tego zbiegowiska. Oprowadzić cię po reszcie stada Sode? -zwróciła się do mnie.
- Nie dziękuje. Nie mam 5 miesięcy. Aha, jeszcze jedna rzecz. Nie mów do mnie Sode. Jasne? - odwróciłam się i poszłam w swoją stronę.
- No wiesz co, nieładnie się zachowałaś. - skarciła mnie Lily.
- Wiem, wiem. Ale nie zmienię się choćbym nie wiem jak próbowała - Lily westchnęła i postanowiła zmienić temat.
- A jak ten tajemniczy ogier? Wciąż ci się śni po nocach?
- Tak. Nie mam pojęcia kim on jest. Nie przypominam sobie żebym go kiedyś spotkała.
- A może to wybranek twojego losu? - zażartowała Lily
- Ha ha ha. Bardzo śmieszne. - skomentowałam - Wątpię czy jeszcze kiedyś go spotkam. A poza tym, to mi się pewnie przywidziało.
- Jesteś tego absolutnie pewna No? - powiedziała Lily dziwnym głosem.
- Oczywiście. A czemu pytasz? - Lily wpatrywała się w coś za mną i zawisła w powietrzu jak skamieniała.
- Jeśli naprawdę tak jest, to lepiej się odwróć. - nie wiedziałam o co jej chodzi. Odwróciłam się powoli i otworzyłam szeroko oczy ze zdumienia. Przede mną stał "tejemniczy ogier".
środa, 9 października 2013
5. Wędrówka i co przyjdzie potem
Postanowiłam opuścić Las Wiecznej Zimy i wyruszyć w podróż szukając sensu życia. Nie wiem czy uda mi się go odnaleźć, ale nigdy nie traciłam w to wiary. To było jedyne w co wierzyłam. Jedyne w co mogłam uwierzyć. Straciłam wszystko co było mi bliskie i dlatego z kolei stałam się taka jaka jestem. Nie miałam domu. Nie zostawałam w jednym miejscu dłużej niż tydzień. Bo i po co? Nie miałam tam nic co kochałam, co było mi drogie. W czasie mojej wędrówki spotykałam wiele koni. Wiele także zapraszało mnie do swoich stad. Wszyscy byli bardzo serdeczni. Lecz tylko do czasu. Nie znali mnie i mojego charakteru. Gdy tylko zamienili ze mną kilka słów, odwracali się do mnie plecami i nie chcieli mieć ze mną nic wspólnego. A ja po prostu szłam dalej. Nie chciałam mieć z nikim do czynienia. Nie wiedziałam co mam ze sobą zrobić. Od chwili gdy zamordowano mi rodzine, stałam się cicha i skryta. Nie chciałam niczyjego towarzystwa i nadal nie chce. Taka jest prawda. Teraz jak o tym pomyślę być może Lily miała rację i podświadomie nie chciałam się do nikogo zbliżać, aby nie pogłębiać tej pustki po stracie ukochanej osoby, którą nosze w sercu. Być może już na zawsze taka zostanę? Któż to wie. Z każdym dniem wędrowałam coraz dalej i dalej. Pewnego dnia zawędrowałam nad rwącą rzekę. Gdy się do niej zbliżyłam ujrzałam w wodzie twarze koni układające się ze spienionej wody. Podeszłam bliżej i nie mogłam uwierzyć. To były twarze moich rodziców. Schylałam się coraz bliżej i bliżej, w pewnym momencie prawie dotykałam pyskiem wody gdy nagle:
- Nie radzę ci się za bardzo zbliżać. - odwróciłam się gwałtownie. Za mną stała klacz.
- A czemuż to? - zapytałam trochę lekceważąco
- Ta rzeka to Rzeka Śmierci. Kiedyś zginęło tu mnóstwo koni. - spojrzałam jeszcze raz na wodę jednak moi rodzice zniknęli. Westchnęłam i przysiadłam na brzegu.
- Mam na imię Li, a ty? - przywitała się. Widać nie zniechęciła się moim złym humorem. Przez dłuższą chwilę milczałam, lecz gdy zrozumiałam że nie zamierza ustąpić poddałam się
- Sode No Shirayuki.
- Miło mi cię poznać. Co tu robisz? - spytała
- Nic co mogłoby cię zainteresować. - powiedziałam trochę smutno. Nagle z mojej grzywy wyleciała Lily.
- Czy to Mroźny Motyl? - spytała Li, wyraźnie zainteresowana - Słyszałam, że są bardzo rzadkie. - Lily usiadła jej na pysku, a ja zrezygnowana odparłam:
- Tak, nazywa się Lily. - Lily sfrunęła z pyska Li i wylądowała na moim grzbiecie. Klacz podeszła do mnie trochę bliżej i przysiadła niedaleko mnie nad brzegiem, a ja wytworzyłam między nami mur z lodu. Nie lubiłam przebywać w towarzystwie innych, miałam nadzieję że mur odczepi ode mnie Li i klacz zrozumie mój charakter, jednak ona za nic w świecie nie dawała za wygraną. Uśmiechnęła się tylko i powiedziała:
- To chyba znaczy, że niezbyt lubisz inne konie.
- Owszem, a ty nie jesteś wyjątkiem. - szczerze mówiąc zaskoczył mnie fakt, iż nie zdziwiły jej moje moce. Lily znów sfrunęła z mojego grzbietu i usiadła na szczycie lodowego muru. Li patrzyła na nią przez chwilę, aż w końcu wstała obróciła się i zanim odeszła rzuciła jeszcze w moją stronę:
- Prowadzę Stado Wiecznego Życia. Każdy koń jest tu mile widziany. Nawet taki samotnik jak ty. - i ruszyła do swego stada. Znowu westchnęłam ciężko i spojrzałam na Mroźnego Motyla.
- No co? A co miałam niby według ciebie zrobić? Błagać by mnie przyjęła? Przecież dobrze mnie znasz. - Lily zatrzepotała błękitnymi skrzydełkami w mroźne wzorki, a ja znowu westchnęłam i powiedziałam cicho:
- No niech ci będzie. Ale to był twój głupi pomysł. - wstałam i dodałam jeszcze - Wskakuj. - Lily sfrunęła z topniejącego już muru wprost do mojej grzywy, a ja popędziłam galopem w stronę gdzie poszła Li. Zanim mój lodowy mur całkiem się roztopił, ja należałam już do Stada Wiecznego Życia.
- Nie radzę ci się za bardzo zbliżać. - odwróciłam się gwałtownie. Za mną stała klacz.
- A czemuż to? - zapytałam trochę lekceważąco
- Ta rzeka to Rzeka Śmierci. Kiedyś zginęło tu mnóstwo koni. - spojrzałam jeszcze raz na wodę jednak moi rodzice zniknęli. Westchnęłam i przysiadłam na brzegu.
- Mam na imię Li, a ty? - przywitała się. Widać nie zniechęciła się moim złym humorem. Przez dłuższą chwilę milczałam, lecz gdy zrozumiałam że nie zamierza ustąpić poddałam się
- Sode No Shirayuki.
- Miło mi cię poznać. Co tu robisz? - spytała
- Nic co mogłoby cię zainteresować. - powiedziałam trochę smutno. Nagle z mojej grzywy wyleciała Lily.
- Czy to Mroźny Motyl? - spytała Li, wyraźnie zainteresowana - Słyszałam, że są bardzo rzadkie. - Lily usiadła jej na pysku, a ja zrezygnowana odparłam:
- Tak, nazywa się Lily. - Lily sfrunęła z pyska Li i wylądowała na moim grzbiecie. Klacz podeszła do mnie trochę bliżej i przysiadła niedaleko mnie nad brzegiem, a ja wytworzyłam między nami mur z lodu. Nie lubiłam przebywać w towarzystwie innych, miałam nadzieję że mur odczepi ode mnie Li i klacz zrozumie mój charakter, jednak ona za nic w świecie nie dawała za wygraną. Uśmiechnęła się tylko i powiedziała:
- To chyba znaczy, że niezbyt lubisz inne konie.
- Owszem, a ty nie jesteś wyjątkiem. - szczerze mówiąc zaskoczył mnie fakt, iż nie zdziwiły jej moje moce. Lily znów sfrunęła z mojego grzbietu i usiadła na szczycie lodowego muru. Li patrzyła na nią przez chwilę, aż w końcu wstała obróciła się i zanim odeszła rzuciła jeszcze w moją stronę:
- Prowadzę Stado Wiecznego Życia. Każdy koń jest tu mile widziany. Nawet taki samotnik jak ty. - i ruszyła do swego stada. Znowu westchnęłam ciężko i spojrzałam na Mroźnego Motyla.
- No co? A co miałam niby według ciebie zrobić? Błagać by mnie przyjęła? Przecież dobrze mnie znasz. - Lily zatrzepotała błękitnymi skrzydełkami w mroźne wzorki, a ja znowu westchnęłam i powiedziałam cicho:
- No niech ci będzie. Ale to był twój głupi pomysł. - wstałam i dodałam jeszcze - Wskakuj. - Lily sfrunęła z topniejącego już muru wprost do mojej grzywy, a ja popędziłam galopem w stronę gdzie poszła Li. Zanim mój lodowy mur całkiem się roztopił, ja należałam już do Stada Wiecznego Życia.
środa, 2 października 2013
4. Sens życia
Dlaczego żyjesz? Po co stworzył cię ten świat? Jaki jest sens twojego życia? Osobiście bardzo chciałam poznać odpowiedzi na te pytania. Dręczyły mnie one od tego pamiętnego dnia. Od dnia, do którego często wracam wspomnieniami. I pamiętam to tak dobrze jakby to było wczoraj. Był to piękny choć mroźny dzień. Razem z Lily, która całymi dniami przesiadywała w mojej grzywie, chodziłam po lesie szukając... no właśnie czego? Czego szukałam? Wtedy nie zdawałam sobie z tego jeszcze sprawy, lecz gdy teraz o tym pomyślę, być może szukałam po prostu sensu życia. Pewnego dnia odpoczywałam sobie na śniegu, tuż przy granicy lasu. W pewnym momencie zobaczyłam idącego w moim kierunku konia. Był to kary ogier. Przymrużyłam oczy żeby lepiej widzieć, lecz nie wyglądał mi na znajomego. Stąpał powoli po białym puchu z wielką gracją i lekkością.`Był coraz bliżej i bliżej. Stanął kilka metrów przede mną. Nie lubiłam niczyjego towarzystwa, a on nie był wyjątkiem.
- Kim jesteś? Wynoś się. Nie chce żadnego towarzystwa. - ogier uśmiechnął się lekko. Nie zraził się moimi słowami.
- Dlaczego żyjesz? - to pytanie tak mnie zaskoczyło, że przez kilka minut nie mogłam nic powiedzieć. W końcu jednak otrząsnęłam się i wstałam ze śniegu.
- Spytałam kim jesteś i czego tu szukasz. - powiedziałam ostro. Ten znów się tylko uśmiechnął.
- Dlaczego żyjesz? - ponowił pytanie - Dla kogo żyjesz? Jaki jest sens twojego życia? - stałam w milczeniu i nie wiedziałam co powiedzieć. Pierwszy raz spotkałam takiego konia.
- Ja... ja... - zaczęłam - Ja... po prostu żyje... - tamten zrobił tylko tajemniczą mine i powiedział:
- Zatem nie wiesz po co żyjesz? Nie masz sensu życia. Aby go odkryć musisz szukać głębiej. - potem zrobił coś czego najmniej bym się spodziewała. Wyrecytował starą przepowiednie szamanki z mojego rodzinnego stada, jednak teraz brzmiała trochę inaczej
" Sensu życia nie znasz swego,
koń twoim wrogiem, nie znasz innego.
Córka przy życiu jeszcze zostanie,
pewnego dnia nagle zginie, w pamięci pozostanie "
Gdy skończył, odwrócił się i wrócił skąd przyszedł.
- Czekaj! - zawołałam - Co mam zrobić? - lecz było za późno. Kary ogier znikł. Długo się zastanawiałam nad jego słowami. Po co żyje? Tak, wędrowałam po to aby znaleźć odpowiedź na to pytanie. Życie to dar. Nie wolno go zmarnować. Każde jedno życie jest unikalne i wyjątkowe. Mimo to wiele istnień ginie, być może właśnie w tej chwili. Nie potrafiłam tego zrozumieć.Pomimo szansy jaką dał mi los, ja wciąż nie mogłam pojąć sensu mojego życia. Sensu, który był tak blisko, a jednak tak daleko. Czy kiedykolwiek uda mi się go odnaleźć?
- Kim jesteś? Wynoś się. Nie chce żadnego towarzystwa. - ogier uśmiechnął się lekko. Nie zraził się moimi słowami.
- Dlaczego żyjesz? - to pytanie tak mnie zaskoczyło, że przez kilka minut nie mogłam nic powiedzieć. W końcu jednak otrząsnęłam się i wstałam ze śniegu.
- Spytałam kim jesteś i czego tu szukasz. - powiedziałam ostro. Ten znów się tylko uśmiechnął.
- Dlaczego żyjesz? - ponowił pytanie - Dla kogo żyjesz? Jaki jest sens twojego życia? - stałam w milczeniu i nie wiedziałam co powiedzieć. Pierwszy raz spotkałam takiego konia.
- Ja... ja... - zaczęłam - Ja... po prostu żyje... - tamten zrobił tylko tajemniczą mine i powiedział:
- Zatem nie wiesz po co żyjesz? Nie masz sensu życia. Aby go odkryć musisz szukać głębiej. - potem zrobił coś czego najmniej bym się spodziewała. Wyrecytował starą przepowiednie szamanki z mojego rodzinnego stada, jednak teraz brzmiała trochę inaczej
" Sensu życia nie znasz swego,
koń twoim wrogiem, nie znasz innego.
Córka przy życiu jeszcze zostanie,
pewnego dnia nagle zginie, w pamięci pozostanie "
Gdy skończył, odwrócił się i wrócił skąd przyszedł.
- Czekaj! - zawołałam - Co mam zrobić? - lecz było za późno. Kary ogier znikł. Długo się zastanawiałam nad jego słowami. Po co żyje? Tak, wędrowałam po to aby znaleźć odpowiedź na to pytanie. Życie to dar. Nie wolno go zmarnować. Każde jedno życie jest unikalne i wyjątkowe. Mimo to wiele istnień ginie, być może właśnie w tej chwili. Nie potrafiłam tego zrozumieć.Pomimo szansy jaką dał mi los, ja wciąż nie mogłam pojąć sensu mojego życia. Sensu, który był tak blisko, a jednak tak daleko. Czy kiedykolwiek uda mi się go odnaleźć?
wtorek, 24 września 2013
3. Mroźny Motyl
Mimo iż jestem pusta i samotna potrafię przełożyć dobro stada ponad własne życie. A to wszystko stało się dzięki niej. Las w którym zamieszkałam nazywał się Lasem Wiecznej Zimy. To tam ją poznałam. Tę, która odmieniła mój pogląd na życie. Pewnego dnia szłam sobie między drzewami gdy nagle zobaczyłam na drodze motyla. Nie obchodziło mnie co się z nim stanie. Moje serce było obojętne na cudze życia. Więc dlaczego... dlaczego postąpiłam inaczej? Podeszłam ostrożnie do motyla, a gdy przyjrzałam mu się bliżej nie mogłam uwierzyć własnym oczom. To nie był zwykły motyl. To był Mroźny Motyl. Mroźne Motyle to najrzadsze stworzenia na świecie po Śnieżnych Koniach. Wzięłam delikatnie motyla i umieściłam go ostrożnie w mojej grzywie. Kiedy upewniłam się, że jest bezpieczny puściłam się galopem w stronę mojego tymczasowego mieszkania. Była to lodowa jaskinia którą wyrzeźbiłam przy pomocy moich mocy. Położyłam ostrożnie motyla na moim łożu. Nie wiedziałam co mu dolega więc nie byłam pewna jak mu pomóc. Czuwałam przy Mroźnym Motylu prawie przez całą noc. W końcu zmęczenie wygrało i zapadłam w sen. Śnił mi się Mroźny Motyl latający po mojej jaskini. Nagle poczułam na pysku chłodny wiaterek. Nie chciałam, aby ten sen się skończył więc nie otwierałam oczu. Próbowałam znowu zasnąć lecz powiew na moim pysku stał się mocniejszy więc otworzyłam oczy i prawie krzyknęłam. To wcale nie był wiatr, tylko Mroźny Motyl machający swoimi skrzydełkami. Wstałam powoli i odezwałam się:
- Wiesz, napędziłeś mi niezłego stracha. Nie wiedziałam co ci się stało.
- Och, po prostu za długo leciałam. Wystarczyło, że poleżałabym jakiś czas, a siły by do mnie wróciły. Ale mimo to dziękuje za twoją opiekę. Gdybyś mnie zostawiła na tej drodze nie wiem czy bym przeżyła. - stałam przyrośnięta do podłogi
- Czy to ty to powiedziałeś Mroźny Motylu? - nie mogłam uwierzyć własnym uszom
- Tak, to ja. Nazywam się Lily. A ty? - spytała wesoło
- Sode No Shirayuki. - odparłam podejrzliwie
- Miło mi cię poznać.
- Mam jedno pytanie. Jak to możliwe, że rozumiem co mówisz? - Lily uśmiechnęła się
- To ty nie wiesz, że jesteś Śnieżnym Koniem? - nagle pomarkotniałam
- Wiem, ale co to ma do rzeczy?
- Każdy Śnieżny Koń, ma jedną specjalną zdolność, która ujawnia się wraz z wiekiem. Każda ta moc jest wyjątkowa i jedyna. Nie ma dwóch takich samych. Rodzice ci o tym nie mówili?
- Niestety nie. - pochmurniałam jeszcze bardziej - Ale skoro już latasz o własnych siłach to wynoś się stąd lepiej. - Lily przestała trzepotać skrzydłami i usiadła z powrotem na lodowej półce.
- Czemu taka jesteś? - spytała. Takiego pytania się nie spodziewałam. Lily znów poderwała się do lotu i usiadła na moim pysku. Miałam ochotę ją przegonić, ale coś mnie powstrzymało.
- Widzę, że dużo przeszłaś, ale nie możesz pozwolić, aby te uczucia tobą zawładnęły. Wiem, że straciłaś rodzinę. Wiem, że na to patrzyłaś. Wiem, jak wiele razy próbowano cię zabić. - po policzku spłynęła mi łza. Jedna z niewielu, które mi spłynęły.
- Skąd możesz o mnie cokolwiek wiedzieć.
- Ja wiem o tobie wszystko. I wiem również, że chcesz wybrać samotność. Wierzysz, że dzięki temu już nigdy nie doświadczysz bólu po stracie ukochanej osoby. Lecz ja nie pozwolę, abyś jeszcze kiedyś była samotna. Ponieważ od teraz to ja będę twoją rodziną.
- Wiesz, napędziłeś mi niezłego stracha. Nie wiedziałam co ci się stało.
- Och, po prostu za długo leciałam. Wystarczyło, że poleżałabym jakiś czas, a siły by do mnie wróciły. Ale mimo to dziękuje za twoją opiekę. Gdybyś mnie zostawiła na tej drodze nie wiem czy bym przeżyła. - stałam przyrośnięta do podłogi
- Czy to ty to powiedziałeś Mroźny Motylu? - nie mogłam uwierzyć własnym uszom
- Tak, to ja. Nazywam się Lily. A ty? - spytała wesoło
- Sode No Shirayuki. - odparłam podejrzliwie
- Miło mi cię poznać.
- Mam jedno pytanie. Jak to możliwe, że rozumiem co mówisz? - Lily uśmiechnęła się
- To ty nie wiesz, że jesteś Śnieżnym Koniem? - nagle pomarkotniałam
- Wiem, ale co to ma do rzeczy?
- Każdy Śnieżny Koń, ma jedną specjalną zdolność, która ujawnia się wraz z wiekiem. Każda ta moc jest wyjątkowa i jedyna. Nie ma dwóch takich samych. Rodzice ci o tym nie mówili?
- Niestety nie. - pochmurniałam jeszcze bardziej - Ale skoro już latasz o własnych siłach to wynoś się stąd lepiej. - Lily przestała trzepotać skrzydłami i usiadła z powrotem na lodowej półce.
- Czemu taka jesteś? - spytała. Takiego pytania się nie spodziewałam. Lily znów poderwała się do lotu i usiadła na moim pysku. Miałam ochotę ją przegonić, ale coś mnie powstrzymało.
- Widzę, że dużo przeszłaś, ale nie możesz pozwolić, aby te uczucia tobą zawładnęły. Wiem, że straciłaś rodzinę. Wiem, że na to patrzyłaś. Wiem, jak wiele razy próbowano cię zabić. - po policzku spłynęła mi łza. Jedna z niewielu, które mi spłynęły.
- Skąd możesz o mnie cokolwiek wiedzieć.
- Ja wiem o tobie wszystko. I wiem również, że chcesz wybrać samotność. Wierzysz, że dzięki temu już nigdy nie doświadczysz bólu po stracie ukochanej osoby. Lecz ja nie pozwolę, abyś jeszcze kiedyś była samotna. Ponieważ od teraz to ja będę twoją rodziną.
środa, 18 września 2013
2. Widmo wojny
A zaczęło się to od niewinnego szpiega. Już nie wolno mi było nigdzie się ruszać samej. Jako młoda córka pary alfa stanowiłam dogodny cel dla wrogów. Pewnego dnia w naszym stadzie pojawił się szpieg Ognistych Koni.
- Czego tu szukasz? - zarżał groźnie mój ojciec.
- Już niedługo będziecie się cieszyć tym waszym stadkiem, o tak. - zaśmiał się złośliwie - Wojna się zaczęła Rubinie. Przegrasz... - Coraz częściej napadało na nas Stado Ognistej Pumy. Oj, długo by opowiadać o przebiegu wojny. Od początku było wiadomo, że jesteśmy na straconej pozycji. Lecz "ten dzień" był najgorszy. Szamanka z naszego stada przepowiedziała, że dziś rozegra się ostateczna bitwa.
" Wielu polegnie, wielu straci lód,
lecz na polu bitwy ostanie wielki cud.
Córka przeżyje nikt więcej nie zostanie,
pewnego dnia nagle zginie, w pamięci pozostanie. "
Wojna to nic przyjemnego. Wiele osób traci życie, wiele zostaje zranionych i wiele też traci wszystko co dla nich ważne. Moi rodzice zginęli na tej wojnie. Zgodnie z przepowiednią szamanki, nikt nie ocalał. Nikt z wyjątkiem mnie. Przeżyłam tylko dlatego, ponieważ moi rodzice mnie ukryli. Widziałam to. Widziałam jak zginęli, ratując mnie. Po tych wydarzeniach nie byłam już sobą. To wtedy zaczęłam się chować przed światem. I tak mijały dni. Nie chciałam zostawiać ciał moich rodziców. Pole walki zalane było krwią. Ciała zaczęły gnić. Mimo to nie odeszłam. Zginęłabym, lecz odnalazła mnie pewna klacz.
- Biedactwo, co ty tutaj robisz? - przejęła się moim losem i doceniłam to, lecz mimo wszystko nie potrafiłam się odnaleźć na nowo w tym świecie. Owa klacz zabrała mnie do swego stada. Para alfa przyjęła mnie z otwartymi kopytami. Dorosłe konie, próbowały wybadać co się stało i pomóc mi. Niestety, dla mnie i tak było już za późno. Całkowicie zamknęłam się w sobie i nie potrafiłam się odnaleźć w tym stadzie. Stadzie zwykłych, ziemskich koni. Wtedy wszystko co przeżyłam, wszystkie doświadczenia których byłam świadkiem przemieszczały się w mojej głowie i tak zaczął mi się kształtować charakter. Z niewinnego i słodkiego źrebaczka, przeobraziłam się w klacz bez serca. Zimna, skryta, tajemnicza i zamknięta w sobie. I tak dożyłam trzech lat. Byłam najpiękniejszą klaczą w stadzie, lecz również najpustszą. Im bardziej piękniałam, tym większą pustkę nosiłam w sercu. Nie będę opowiadać, co przeżyłam w tamtym stadzie, ponieważ nie ma po co. Każdy dzień spędzałam w samotności. Wkrótce zakochał się we mnie najpopularniejszy ogier w stadzie. Nazywał się Nir. Widać było, że mu się spodobałam, ale on nic a nic mnie nie obchodził. Całymi dniami za mną chodził, a ja całymi dniami go ignorowałam. Był nadzwyczaj cierpliwy, lecz wszystko na tym świecie ma jakieś granice. Któregoś dnia nie wytrzymał. Ściągnął mnie na wielką górę lodową i zepchnął z najwyższego szczytu. Postanowił bowiem, że skoro on nie może mnie mieć to nikt nie będzie miał. Cudem udało mi się przeżyć ten upadek, ale mimo to byłam ranna, wyczerpana i brakowało mi sił. Ostatkiem energii poczołgałam się do krzaków rosnących w pobliskim lesie i czekałam. Czas leczy rany, ale są rany trwałe które pozostają z nami na wieki. Po tym wydarzeniu zaczęłam unikać innych jeszcze bardziej. Zamknęłam się w sobie jeszcze bardziej i stałam się jeszcze bardziej pusta w środku. Już nikt i nic mnie nie obchodziło. Zaczęłam lekceważyć wszystko i wszystkich. Wydawałoby się, że zostanę taka do końca życia, że już nikt nigdy się do mnie nie odezwie, że na zawsze pozostanę pustą, zamkniętą w sobie klaczą, która chciała wybrać samotność i że już nigdy nie odważę się nikomu zaufać, lecz los postanowił dać mi jeszcze jedną szansę...
- Czego tu szukasz? - zarżał groźnie mój ojciec.
- Już niedługo będziecie się cieszyć tym waszym stadkiem, o tak. - zaśmiał się złośliwie - Wojna się zaczęła Rubinie. Przegrasz... - Coraz częściej napadało na nas Stado Ognistej Pumy. Oj, długo by opowiadać o przebiegu wojny. Od początku było wiadomo, że jesteśmy na straconej pozycji. Lecz "ten dzień" był najgorszy. Szamanka z naszego stada przepowiedziała, że dziś rozegra się ostateczna bitwa.
" Wielu polegnie, wielu straci lód,
lecz na polu bitwy ostanie wielki cud.
Córka przeżyje nikt więcej nie zostanie,
pewnego dnia nagle zginie, w pamięci pozostanie. "
Wojna to nic przyjemnego. Wiele osób traci życie, wiele zostaje zranionych i wiele też traci wszystko co dla nich ważne. Moi rodzice zginęli na tej wojnie. Zgodnie z przepowiednią szamanki, nikt nie ocalał. Nikt z wyjątkiem mnie. Przeżyłam tylko dlatego, ponieważ moi rodzice mnie ukryli. Widziałam to. Widziałam jak zginęli, ratując mnie. Po tych wydarzeniach nie byłam już sobą. To wtedy zaczęłam się chować przed światem. I tak mijały dni. Nie chciałam zostawiać ciał moich rodziców. Pole walki zalane było krwią. Ciała zaczęły gnić. Mimo to nie odeszłam. Zginęłabym, lecz odnalazła mnie pewna klacz.
- Biedactwo, co ty tutaj robisz? - przejęła się moim losem i doceniłam to, lecz mimo wszystko nie potrafiłam się odnaleźć na nowo w tym świecie. Owa klacz zabrała mnie do swego stada. Para alfa przyjęła mnie z otwartymi kopytami. Dorosłe konie, próbowały wybadać co się stało i pomóc mi. Niestety, dla mnie i tak było już za późno. Całkowicie zamknęłam się w sobie i nie potrafiłam się odnaleźć w tym stadzie. Stadzie zwykłych, ziemskich koni. Wtedy wszystko co przeżyłam, wszystkie doświadczenia których byłam świadkiem przemieszczały się w mojej głowie i tak zaczął mi się kształtować charakter. Z niewinnego i słodkiego źrebaczka, przeobraziłam się w klacz bez serca. Zimna, skryta, tajemnicza i zamknięta w sobie. I tak dożyłam trzech lat. Byłam najpiękniejszą klaczą w stadzie, lecz również najpustszą. Im bardziej piękniałam, tym większą pustkę nosiłam w sercu. Nie będę opowiadać, co przeżyłam w tamtym stadzie, ponieważ nie ma po co. Każdy dzień spędzałam w samotności. Wkrótce zakochał się we mnie najpopularniejszy ogier w stadzie. Nazywał się Nir. Widać było, że mu się spodobałam, ale on nic a nic mnie nie obchodził. Całymi dniami za mną chodził, a ja całymi dniami go ignorowałam. Był nadzwyczaj cierpliwy, lecz wszystko na tym świecie ma jakieś granice. Któregoś dnia nie wytrzymał. Ściągnął mnie na wielką górę lodową i zepchnął z najwyższego szczytu. Postanowił bowiem, że skoro on nie może mnie mieć to nikt nie będzie miał. Cudem udało mi się przeżyć ten upadek, ale mimo to byłam ranna, wyczerpana i brakowało mi sił. Ostatkiem energii poczołgałam się do krzaków rosnących w pobliskim lesie i czekałam. Czas leczy rany, ale są rany trwałe które pozostają z nami na wieki. Po tym wydarzeniu zaczęłam unikać innych jeszcze bardziej. Zamknęłam się w sobie jeszcze bardziej i stałam się jeszcze bardziej pusta w środku. Już nikt i nic mnie nie obchodziło. Zaczęłam lekceważyć wszystko i wszystkich. Wydawałoby się, że zostanę taka do końca życia, że już nikt nigdy się do mnie nie odezwie, że na zawsze pozostanę pustą, zamkniętą w sobie klaczą, która chciała wybrać samotność i że już nigdy nie odważę się nikomu zaufać, lecz los postanowił dać mi jeszcze jedną szansę...
środa, 11 września 2013
1. Klacz bez serca
Nazywam się Sode No Shirayuki i chce wam opowiedzieć moją historię. Czy jest to smutna historia, czy raczej szczęśliwa, to już ocenicie sami. Przyszłam na świat w zimowej krainie zwaną Krainą Lodu. Pomimo ciągłego śniegu i mrozu warunki jakie tam panowały były dla mnie idealne. Nie byłam bowiem takim zwyczajnym koniem. Byłam Śnieżnym Koniem. Śnieżne Konie różnią się od zwyczajnych tym, że posiadają wyjątkowe moce. Śnieg i lód to nasza domena. Moi rodzice nazywali się Szafira i Rubin. Byli parą alfa, która przewodziła Stadem Śnieżnej Pantery. Byliśmy ostatnim stadem naszego gatunku. Pierwsze co pamiętam to dotyk mojej matki. Czułam ciepło i spokój. To było uczucie, którego nigdy nie zapomnę. Mijały tygodnie, a ja rosłam. Któregoś dnia gdy się obudziłam zobaczyłam twarz mojego ojca. Uśmiechał się do mnie i tulił do siebie. Nigdy wcześniej ani później nie spotkałam kogoś takiego jak on. Tej samej nocy, mój ojciec zabrał mnie na szczyt wielkiej góry lodowej skąd rozpościerała się cała nasza kraina.
- Shirayuki, ta kraina to nasz dom. - zaczął poważnym, lecz delikatnym głosem - Któregoś dnia, mnie i twojej mamy zabraknie na tym świecie.
- A gdzie wtedy pójdziecie? - zapytałam. Mój ojciec spojrzał wtedy w górę i powiedział:
- Spójrz. Widzisz ile jest dziś gwiazd? - zaciekawiona podniosłam swoją małą główkę - Kiedy odejdziemy kolejne gwiazdy zabłyszczą na nocnym niebie. Staniemy się nimi właśnie my. Jeśli tylko za nami zatęsknisz wystarczy, że spojrzysz w górę. My cały czas będziemy nad tobą czuwać. - powoli zamykały mi się oczka. Byłam małym źrebaczkiem i potrzebowałam dużo snu. Gdy mój tata to zobaczył, uśmiechnął się lekko. Po raz ostatni ziewnęłam i zapadłam w głęboki sen. Mijały kolejne miesiące. Byłam taka młoda, niewinna, pełna marzeń i wielkich planów. Lecz ktoś te plany musiał zniszczyć. Pewnego dnia poszłam pobawić się do pobliskiego lasu. Niczego nieświadoma, byłam łatwym celem. Bowiem za moimi plecami czyhało zagrożenie w postaci Ognistego Konia. Stada Ognistych Koni były odwiecznymi wrogami Śnieżnych Koni. To właśnie one spustoszyły Krainę Lodu. Potężny ogier czyhał również na moje życie. Gdy już szykował się do skoku usłyszałam tętent kopyt mojego ojca, głuche rżenie i upadek. Ognisty Ogier leżał martwy. Walka trwała tylko kilka sekund, ale zdążyłam poczuć ten strach. Gdy stałam skamieniała, mój ojciec podszedł do mnie powoli i szepnął cicho:
- Już wszystko w porządku. Nie skrzywdzi cię. - podejrzewam, że to właśnie dlatego zaczęłam traktować cudze życia jako coś nieistotnego. To właśnie z tego powodu przez część mojego życia, moje serce przepełnione było obojętnością wobec innych. Po tym incydencie zrozumiałam, że szykuje się wojna. Nie pomyliłam się. Miesiąc później straciłam wszystko, co było mi drogie na tym świecie.
- Shirayuki, ta kraina to nasz dom. - zaczął poważnym, lecz delikatnym głosem - Któregoś dnia, mnie i twojej mamy zabraknie na tym świecie.
- A gdzie wtedy pójdziecie? - zapytałam. Mój ojciec spojrzał wtedy w górę i powiedział:
- Spójrz. Widzisz ile jest dziś gwiazd? - zaciekawiona podniosłam swoją małą główkę - Kiedy odejdziemy kolejne gwiazdy zabłyszczą na nocnym niebie. Staniemy się nimi właśnie my. Jeśli tylko za nami zatęsknisz wystarczy, że spojrzysz w górę. My cały czas będziemy nad tobą czuwać. - powoli zamykały mi się oczka. Byłam małym źrebaczkiem i potrzebowałam dużo snu. Gdy mój tata to zobaczył, uśmiechnął się lekko. Po raz ostatni ziewnęłam i zapadłam w głęboki sen. Mijały kolejne miesiące. Byłam taka młoda, niewinna, pełna marzeń i wielkich planów. Lecz ktoś te plany musiał zniszczyć. Pewnego dnia poszłam pobawić się do pobliskiego lasu. Niczego nieświadoma, byłam łatwym celem. Bowiem za moimi plecami czyhało zagrożenie w postaci Ognistego Konia. Stada Ognistych Koni były odwiecznymi wrogami Śnieżnych Koni. To właśnie one spustoszyły Krainę Lodu. Potężny ogier czyhał również na moje życie. Gdy już szykował się do skoku usłyszałam tętent kopyt mojego ojca, głuche rżenie i upadek. Ognisty Ogier leżał martwy. Walka trwała tylko kilka sekund, ale zdążyłam poczuć ten strach. Gdy stałam skamieniała, mój ojciec podszedł do mnie powoli i szepnął cicho:
- Już wszystko w porządku. Nie skrzywdzi cię. - podejrzewam, że to właśnie dlatego zaczęłam traktować cudze życia jako coś nieistotnego. To właśnie z tego powodu przez część mojego życia, moje serce przepełnione było obojętnością wobec innych. Po tym incydencie zrozumiałam, że szykuje się wojna. Nie pomyliłam się. Miesiąc później straciłam wszystko, co było mi drogie na tym świecie.
wtorek, 10 września 2013
Klacz, która chciała wybrać samotność
Witajcie!
Mam na imię Eliza, ale mówcie mi Pandzia :p . Ten blog stworzyłam po to, aby się czymś zająć. Od dziecka miałam bujną wyobraźnię ( choć czasem bywa ona kapryśna ;-) ) więc już w przedszkolu napisałam swoją pierwszą "książkę" . Nosiła ona tytuł "Mały Zajączek i rakieta" . Jak nazwa wskazuje była ona o Małym Zajączku i rakiecie :p więcej chyba pisać nie muszę. Kiedyś myślałam nawet o tym żeby stworzyć całą serię o przygodach Małego Zajączka, ale dałam sobie spokój. Kiedy indziej napisałam również przeróżne opowiadania zatytułowane "Przygody Felka Super Bohatera" . Żeby było jasne Felek to mój barani przyjaciel, maskotka :p. Łącznie przygód Felka były 2 zeszyty 16-kartkowe. ( Kopię dałam nawet mojej wychowawczyni na koniec 3-ciej klasy podstawówki. ) Gdy byłam mniejsza chciałam nawet zostać pisarką, ale to już inna historia. Wcześniej prowadziłam inny blog z opowiadaniami, ale niestety był to nieudany pomysł. Jakiś czas temu wpadłam na tą historię. Tym razem raczej nie poddam się tak łatwo, ponieważ napisałam już 11 rozdziałów i teraz piszę 12. Co tydzień będę się starała dodawać kolejny rozdział. Jedne są krótsze, inne dłuższe ale mimo to mam nadzieję, że was wciągnie. Jak mówi tytuł jest to opowieść dla tych, którzy lubią konie i nie tylko. "Klacz, która chciała wybrać samotność" , na początku nie był to konkretny pomysł, ale zaczęłam coś bazgrać i jakoś samo wyszło. Mam nadzieję że was zainteresuje. Bohaterowie wciąż będą dochodzić, obecnie jest ich 4, ale poznacie ich w swoim czasie. Musicie coś jeszcze wiedzieć? A tak. W specjalnej zakładce napisałam tytuły poszczególnych rozdziałów, więc wiecie z grubsza ile ich będzie. Być może będę coś jeszcze zmieniać w trakcie, ale nic nie jest pewne. Tak więc miłego czytania. Wszelkie pytania kierujcie do mnie w komentarzach lub jak wolicie na prywatną pocztę w grze howrse.pl . Jestem tak jako: Pandzia534 . Ewentualnie możecie też do mnie napisać na e-mail ( elizkawojtas@gmail.com ) ale nie obiecuję, że szybko odpiszę ;-). Tak więc do usłyszenia!

Mam na imię Eliza, ale mówcie mi Pandzia :p . Ten blog stworzyłam po to, aby się czymś zająć. Od dziecka miałam bujną wyobraźnię ( choć czasem bywa ona kapryśna ;-) ) więc już w przedszkolu napisałam swoją pierwszą "książkę" . Nosiła ona tytuł "Mały Zajączek i rakieta" . Jak nazwa wskazuje była ona o Małym Zajączku i rakiecie :p więcej chyba pisać nie muszę. Kiedyś myślałam nawet o tym żeby stworzyć całą serię o przygodach Małego Zajączka, ale dałam sobie spokój. Kiedy indziej napisałam również przeróżne opowiadania zatytułowane "Przygody Felka Super Bohatera" . Żeby było jasne Felek to mój barani przyjaciel, maskotka :p. Łącznie przygód Felka były 2 zeszyty 16-kartkowe. ( Kopię dałam nawet mojej wychowawczyni na koniec 3-ciej klasy podstawówki. ) Gdy byłam mniejsza chciałam nawet zostać pisarką, ale to już inna historia. Wcześniej prowadziłam inny blog z opowiadaniami, ale niestety był to nieudany pomysł. Jakiś czas temu wpadłam na tą historię. Tym razem raczej nie poddam się tak łatwo, ponieważ napisałam już 11 rozdziałów i teraz piszę 12. Co tydzień będę się starała dodawać kolejny rozdział. Jedne są krótsze, inne dłuższe ale mimo to mam nadzieję, że was wciągnie. Jak mówi tytuł jest to opowieść dla tych, którzy lubią konie i nie tylko. "Klacz, która chciała wybrać samotność" , na początku nie był to konkretny pomysł, ale zaczęłam coś bazgrać i jakoś samo wyszło. Mam nadzieję że was zainteresuje. Bohaterowie wciąż będą dochodzić, obecnie jest ich 4, ale poznacie ich w swoim czasie. Musicie coś jeszcze wiedzieć? A tak. W specjalnej zakładce napisałam tytuły poszczególnych rozdziałów, więc wiecie z grubsza ile ich będzie. Być może będę coś jeszcze zmieniać w trakcie, ale nic nie jest pewne. Tak więc miłego czytania. Wszelkie pytania kierujcie do mnie w komentarzach lub jak wolicie na prywatną pocztę w grze howrse.pl . Jestem tak jako: Pandzia534 . Ewentualnie możecie też do mnie napisać na e-mail ( elizkawojtas@gmail.com ) ale nie obiecuję, że szybko odpiszę ;-). Tak więc do usłyszenia!
Pandzia
P.S. Pierwszy rozdział już jutro!
Subskrybuj:
Posty (Atom)