wtorek, 26 listopada 2013

12. Nić porozumienia

Następnego dnia wszystko mnie bolało. Grzbiet, nogi, moja duma... a nawet moje serce. Nie mogłam uwierzyć że jakiś człowiek tak mną sponiewierał i zrobił swoją marionetkę. Jednak tak... najbardziej bolało mnie serce. Tej nocy nie mogłam zasnąć. Myślałam o tym, jak niesprawiedliwie potraktowałam Nigera. On tak bardzo chciał mojego szczęścia, a ja nawet go nie przeprosiłam. Jedynym plusem dzisiejszego dnia był fakt, że Mark nie mógł mnie dziś trenować, ponieważ miał jakąś ważną sprawę do załatwienia w mieście. Dzień więc, spędziłam w ciszy, spokoju i... samotności. Niger ciągle siedział przodem do ściany więc nie mogłam stwierdzić czy śpi czy płacze. Jednak moje serce wciąż się wahało. Z jednej strony uważałam, że lepiej będzie go przeprosić, ale z drugiej uważałam że nie zrobiłam przecież nic złego. Całe przedpołudnie rozmyślałam nad moimi problemami, a po obiedzie poczułam się senna i zmęczona. Tak więc po paru minutach, spałam jak suseł. Kiedy się obudziłam wciąż było ciemno. W nocy musiała rozszaleć się burza, ponieważ deszcz bębnił w dach stajni. Spojrzałam przez okno i zobaczyłam jasno świecący księżyc otoczony milionami gwiazd. Uśmiechnęłam się lekko i ponownie zasnęłam. Gdy znowu się obudziłam było jasno. Wciąż miałam zamknięte oczy więc nie widziałam co się dzieje. Nagle jakiś nieprzyjemny zapach podrażnił moje nozdrza. Zaniepokojona dziwnym hałasem i zapachem podniosłam powieki, a moim oczom ukazał się...
- Pożar! - Wołali ludzie. Piorun uderzył w stajnie co wywołało pożar. Konie rzucały się niespokojnie w boksach, a ludzie biegali to tu, to tam wyprowadzając wierzchowce na zewnątrz. Wśród pierwszej partii znalazłam się ja. Patrzyłam jak wszystkie konie próbują urwać sznur i uciec jak najdalej od szalejącego żywiołu. Lecz ja stałam spokojnie. W końcu dostrzegłam to co chciałam. Niger był bezpieczny. Odetchnęłam z ulgą. Z mojej grzywy wyleciała obudzona wrzaskami ludzi, Lily
- Co się stało? - spytała wciąż zaspanym głosem
- Pożar rozpętał się w stajni - Lily natychmiast powróciło trzeźwe myślenie.
- Ale jak to? Nie było tu piorunochronów?
- Cóż, najwyraźniej nie. - patrzyłam jeszcze chwilę jak ludzie szleją wokół stajni próbując stłumić ogień, jak przywiązują do płotu obok mnie Nigera i jak przerażone konie uciekają ze swoich boksów. Kiedy Mark i reszta ludzi była zajęta szalejącym ogniem postanowiłam wykorzystać okazję i spróbować ucieczki. Co prawda nie miałam swoich mocy, ale mimo to nadal byłam Śnieżnym Koniem. Raz dwa uporałam się z wiążącą mnie liną. Spojrzałam na przestraszonego Nigera i westchnęłam. Podniosłam przednią nogę i kopytem rozerwałam sznur, który go więził.
- Ty... ale ja myślałem że...
- Myślałeś że zostawię cię tu na pastwę losu tych głupich ludzi? Przestań, nawet ty nie zasłużyłeś na taką karę. To gorsze niż śmierć. - Niger uśmiechnął się do mnie, ale ja powstrzymałam go jednym ruchem kopyta
- No no, nie pozwalaj sobie za wiele. A teraz chodź, wiejemy.
- Zaraz... a co z nimi? - Niger wskazał głową na resztę koni
- Dla nich już za późno. Nie przeżyliby w dziczy 3 dni. Tu im będzie lepiej. Uciekajmy. - ruszyłam galopem w stronę pobliskiego lasu, ale w pewnym momencie się zatrzymałam.
- Co się stało Sode No Shirayuki? - spytał ogier - Jeśli się nie pośpieszymy znowu nas złapią. - odwróciłam się w stronę wystraszonych koni. Nie zobaczyłam go tam. Popędziłam w stronę płonącej stajni nie zważając na krzyki Nigera
- Spokojnie Niger, - usłyszałam jeszcze głos Lily - ona dobrze wie co robi. - pędziłam wprost do drzwi stajni. ludzie próbowali mnie zatrzymać, ale zręcznie ich wymijałam.
- Ta klacz, rzeczywiście ma predyspozycje na mistrzynie - pokiwał głową z uznaniem stajenny. Wtem natrafiłam na przeszkodę, która wydawałaby się nie do pokonania. Ogień zagrodził wejście do stajni. Postawiłam wszystko na jedną kartę. Przyśpieszyłam i... skoczyłam tuż nad szalejącymi płomieniami. W końcu znalazłam się w stajni. Nie pomyliłam się, na środku jednego z korytarzy leżał nieprzytomny Alfredo. Wzięłam go na grzbiet i ruszyłam w stronę wyjścia. Niestety wokół mnie szalał ogień i nie wiedziałam jak się przedostać. Wtem wpadłam na pewien pomysł. Wskoczyłam na skrzynię, która leżała na ziemi i przeskoczyłam do jednego z boksów. Zrzuciłam Alfreda na ziemię i zaczęłam kopać w ścianę. Pożar rozprzestrzeniał się coraz dalej. W końcu udało mi się wyłamać drewno. Wzięłam z powrotem nieprzytomnego ogiera na grzbiet i wybiegłam z nim na wybieg. Zrzuciłam go znowu na trawę. Alfredo zakasłał i ocknął się.
- Ty... mnie uratowałaś? - spytał słabym głosem - Ale przecież byłem dla ciebie niemiły. - powoli zaczęli do nas podchodzić ludzie, wiedziałam że muszę się sprężyć.
- Sode No Shirayuki - odparłam
- ? - nie zrozumiał Alfredo
- Sode No Shirayuki. Tak się nazywam. - odwróciłam pysk w stronę ogiera leżącego na ziemi - Wiele miesięcy temu byłam dokładnie taka jak ty, lecz dzięki lekcji którą doświadczyłam, zrozumiałam że nie ma nic bardziej wartościowego niż życie. Więc szczerze mówiąc wolałam tam zginąć razem z tobą niż patrzeć na twoją śmierć. - spojrzałam mu prosto w oczy
- Sode No... Shirayuki... - wyszeptał - dzię...kuje - jego głowa znów upadła na ziemię i ponownie stracił przytomność. Uśmiechnęłam się delikatnie.
- Tak, życie... Nie ma nic bardziej wartościowego - ludzie dotarli na wybieg i podchodzili do mnie i do Alfreda. Rozejrzałam się dookoła i spostrzegłam Mark'a. Zmrużyłam oczy i cofnęłam się o kilka kroków. A potem nagle i bez ostrzeżenia ruszyłam galopem prosto na niego. wyprężyłam całe swoje ciało i... przeskoczyłam największą przeszkodę swojego życia. Zdziwieni ludzie jeszcze długo wspominali ten skok, a ja dołączyłam do Nigera i Lily i razem popędziliśmy do lasu. Z pewnych źródeł wiem, że Alfredo przeżył, ale nie był już tym jakim go poznałam. W chwili w której wyjawiłam mu swoje imię zdobył moje zaufanie i zrozumiał też jak ważni są przyjaciele. Mark natomiast przestał tresować konie. Podobno wyjechał gdzieś na wieś i resztę życia chce poświęcić pracy na farmie. A co się stało ze mną? To już usłyszycie następnym razem...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz