wtorek, 12 listopada 2013

10. Trzepot skrzydeł

Następnego dnia nie czułam się najlepiej. Gdy stajenny przyszedł nakarmić konie i chciał wejść do mojego boksu, nie miałam siły nawet się na niego rzucić. Człowiek też to chyba zauważył bo zaraz wybiegł ze stajni, a wracając przyprowadził człowieka który złapał mnie i Nigera.
- Więc co się jej stało? - zapytał ów człowiek
- Sam nie wiem. Wygląda jakby było jej gorąco panie Mark - odparł stejenny. Rzeczywiście. Było mi strasznie gorąco i duszno. A to niepodobne do Śnieżnych Koni.
- Wezwiemy weterynarza - powiedział człowiek nazwany Mark'iem - Do tego czasu zajmij się resztą koni.
- Tak jest. - kiedy stajenny zajął się wszystkimi wierzchowcami wyszedł ze stajni, a ja próbowałam wstać jednak było mi zbyt duszno.
- Nic ci nie jest Sode No Shirayuki? - zapytał z troską w głosie Niger.
- Jeszcze nie upadłam tak nisko żebyś musiał się o mnie martwić - odparłam sucho. W końcu udało mi się stanąć na nogi. Postanowiłam przywołać burzę śnieżną w moim boksie żeby się ochłodzić, jednak coś było nie tak...
- Straciłam swoje moce! - krzyknęłam zdumiona. Wtem z mojej grzywy wyleciała Lily i powiedziała:
- Co się stało No?
- Coś ze mną nie tak. Straciłam swoje moce i jest mi strasznie gorąco. - znów upadłam na ziemie - Nigdy wcześniej się tak nie czułam, Lily pomóż... - coś mi nie pasowało - Zaraz, zaraz... jak mogłam stracić moce skoro wciąż rozumiem co mówisz?
- Dlatego, że ta moc płynie z twego serca. Nic nie może ci jej odebrać, aczkolwiek nie dotyczy to twoich pozostałych mocy. - Lily przerwała na chwilę, a potem wylądowała na moim pysku. Nagle poczułam wielką ulgę. Zrobiło mi się chłodniej. Odzyskałam siły. Spojrzałam na Lily, a ona uśmiechnęła się.
- Jak ty to zrobiłaś? - spytałam
- To jedna ze specjalnych mocy Mroźnych Motyli. Nigdy ci o nich nie mówiłam ale myślę że tak było lepiej.
- Dziękuję Lily. - powiedziałam - Ale to nadal nie wyjaśnia czemu straciłam moce - nagle usłyszałam jakieś skrzypnięcie.
- Ludzie idą - szepnęłam, a Lily jak na komendę schowała się w mojej grzywie. Do mojego boksu podszedł wysoki i starszy człowiek z ponurą twarzą i bez obojętnymi oczami. Jak ja dobrze znam te oczy...
- Więc to jest ta klacz? - spytał. Chciał wejść do mojego boksu, ale ja mu nie pozwoliłam. Doktor cofnął się szybko, żeby uniknąć mojego kopnięcia.
- Jak dla mnie wygląda na okaz zdrowia - stwierdził, odwracając się w stronę stajennego.
- Ale ja... byłbym przysiągł że... - stajenny drapał się po głowie, ale po chwili znów odezwał się weterynarz.
- A więc to o tą klacz, cała ta afera. - spojrzał na mnie i zaczął mnie przyszywać wzrokiem. Aż ciarki mnie przeszły.
- Tak, to ona.
- No no no, całkiem niezła sztuka. - ocenił z miną znawcy - Na pewno będzie z niej pożytek. - odwrócił się na pięcie i wyszedł ze stajennym ze stajni. A ja zaczęłam się zastanawiać, co oni chcą ze mną zrobić.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz