Odpowiedź na to pytanie uzyskałam już następnego dnia. Mark wszedł do stajni i stanął przy moim boksie. Zaczęłam wierzgać i kopać wszystko dookoła. Człowiek chyba przewidział taką możliwość bo już po chwili celował we mnie z broni. Zdenerwowana zaczęłam kręcić się w kółko i wierzgać jeszcze bardziej gdy wtem... broń wystrzeliła. Zaczęło mi się kręcić w głowie i straciłam wszystkie siły. Mark poczekał jeszcze kilka minut i wszedł do mojego boksu. Stanął tuż przed moim pyskiem. I zaśmiał mi się prosto w twarz.
- Środek uspokajający. Podoba ci się co? - Mark założył mi uzdę i wyprowadził ze stajni nie mogłam mu się przeciwstawić. Zaprowadził mnie na wybieg. Wyrwałam się i pobiegłam na drugi koniec wybiegu. Mark powoli zbliżał się do mnie. Nie miałam siły go odpędzić, ani gdzie uciec. Nie mogłam nawet przyskoczyć płotu. Mark wyciągnął bat. Stanęłam jak skamieniała. Bicz trzasnął tuż przed moim pyskiem.
- Zaraz nauczymy cię posłuszeństwa. - w tej chwili marzyłam tylko o jednym. Żeby środek uspokajający przestał działać. Tymczasem Mark wziął siodło i założył mi je na grzbiecie. Patrzyłam na niego, a w moich oczach można było dostrzec nienawiść. I choć nie było można tego zobaczyć, za tą nienawiścią i złością czaił się promyk bólu, lęku przepełnionego nadzieją. Tylko nieliczni mogli to dostrzec w moich oczach. Ta nadzieja nikła bowiem z każdym dniem, godziną, sekundą mojego życia. Nikt nie mógł mnie zrozumieć. Przez kilka godzin byłam marionetką Mark'a. W końcu jednak poczułam, że środek uspokajający przestawał działać. I w to mi graj. Zaczęłam się powoli gwałtowniej ruszać, próbując zrzucić z grzbietu Mark'a. On także zaczął chyba odczuwać słabnięcie jego naboju. Zszedł więc z mojego grzbietu i chciał mnie zaprowadzić do boksu, lecz środek osłabł na tyle, żebym mogła mu się oprzeć. Mocował się ze mną kilkanaście minut, ale w końcu musiałam mu ustąpić. Wyciągnął bat. Pozwoliłam się więc zaprowadzić do boksu. Po jakiejś godzinie środek uspokajający przestał całkowicie działać. Znów byłam sobą. Jednak było coś co zwróciło moją uwagę. Niger. Był jakiś zatroskany i smutny. Jakby się o coś... lub o kogoś bał, martwił. Zrobiło mi się go żal. Po raz pierwszy od spotkania Lily poczułam chęć przebywania w czyimś towarzystwie. Zmartwiona i wykończona usiadłam na betonowej podłodze. Patrzyłam jak przez dobrą godzinę Niger chodził w kółko po swoim boksie. Wtedy po raz pierwszy poczułam jakby jakaś niewidzialna siła, rozdzierała mi serce.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz