Postanowiłam opuścić Las Wiecznej Zimy i wyruszyć w podróż szukając sensu życia. Nie wiem czy uda mi się go odnaleźć, ale nigdy nie traciłam w to wiary. To było jedyne w co wierzyłam. Jedyne w co mogłam uwierzyć. Straciłam wszystko co było mi bliskie i dlatego z kolei stałam się taka jaka jestem. Nie miałam domu. Nie zostawałam w jednym miejscu dłużej niż tydzień. Bo i po co? Nie miałam tam nic co kochałam, co było mi drogie. W czasie mojej wędrówki spotykałam wiele koni. Wiele także zapraszało mnie do swoich stad. Wszyscy byli bardzo serdeczni. Lecz tylko do czasu. Nie znali mnie i mojego charakteru. Gdy tylko zamienili ze mną kilka słów, odwracali się do mnie plecami i nie chcieli mieć ze mną nic wspólnego. A ja po prostu szłam dalej. Nie chciałam mieć z nikim do czynienia. Nie wiedziałam co mam ze sobą zrobić. Od chwili gdy zamordowano mi rodzine, stałam się cicha i skryta. Nie chciałam niczyjego towarzystwa i nadal nie chce. Taka jest prawda. Teraz jak o tym pomyślę być może Lily miała rację i podświadomie nie chciałam się do nikogo zbliżać, aby nie pogłębiać tej pustki po stracie ukochanej osoby, którą nosze w sercu. Być może już na zawsze taka zostanę? Któż to wie. Z każdym dniem wędrowałam coraz dalej i dalej. Pewnego dnia zawędrowałam nad rwącą rzekę. Gdy się do niej zbliżyłam ujrzałam w wodzie twarze koni układające się ze spienionej wody. Podeszłam bliżej i nie mogłam uwierzyć. To były twarze moich rodziców. Schylałam się coraz bliżej i bliżej, w pewnym momencie prawie dotykałam pyskiem wody gdy nagle:
- Nie radzę ci się za bardzo zbliżać. - odwróciłam się gwałtownie. Za mną stała klacz.
- A czemuż to? - zapytałam trochę lekceważąco
- Ta rzeka to Rzeka Śmierci. Kiedyś zginęło tu mnóstwo koni. - spojrzałam jeszcze raz na wodę jednak moi rodzice zniknęli. Westchnęłam i przysiadłam na brzegu.
- Mam na imię Li, a ty? - przywitała się. Widać nie zniechęciła się moim złym humorem. Przez dłuższą chwilę milczałam, lecz gdy zrozumiałam że nie zamierza ustąpić poddałam się
- Sode No Shirayuki.
- Miło mi cię poznać. Co tu robisz? - spytała
- Nic co mogłoby cię zainteresować. - powiedziałam trochę smutno. Nagle z mojej grzywy wyleciała Lily.
- Czy to Mroźny Motyl? - spytała Li, wyraźnie zainteresowana - Słyszałam, że są bardzo rzadkie. - Lily usiadła jej na pysku, a ja zrezygnowana odparłam:
- Tak, nazywa się Lily. - Lily sfrunęła z pyska Li i wylądowała na moim grzbiecie. Klacz podeszła do mnie trochę bliżej i przysiadła niedaleko mnie nad brzegiem, a ja wytworzyłam między nami mur z lodu. Nie lubiłam przebywać w towarzystwie innych, miałam nadzieję że mur odczepi ode mnie Li i klacz zrozumie mój charakter, jednak ona za nic w świecie nie dawała za wygraną. Uśmiechnęła się tylko i powiedziała:
- To chyba znaczy, że niezbyt lubisz inne konie.
- Owszem, a ty nie jesteś wyjątkiem. - szczerze mówiąc zaskoczył mnie fakt, iż nie zdziwiły jej moje moce. Lily znów sfrunęła z mojego grzbietu i usiadła na szczycie lodowego muru. Li patrzyła na nią przez chwilę, aż w końcu wstała obróciła się i zanim odeszła rzuciła jeszcze w moją stronę:
- Prowadzę Stado Wiecznego Życia. Każdy koń jest tu mile widziany. Nawet taki samotnik jak ty. - i ruszyła do swego stada. Znowu westchnęłam ciężko i spojrzałam na Mroźnego Motyla.
- No co? A co miałam niby według ciebie zrobić? Błagać by mnie przyjęła? Przecież dobrze mnie znasz. - Lily zatrzepotała błękitnymi skrzydełkami w mroźne wzorki, a ja znowu westchnęłam i powiedziałam cicho:
- No niech ci będzie. Ale to był twój głupi pomysł. - wstałam i dodałam jeszcze - Wskakuj. - Lily sfrunęła z topniejącego już muru wprost do mojej grzywy, a ja popędziłam galopem w stronę gdzie poszła Li. Zanim mój lodowy mur całkiem się roztopił, ja należałam już do Stada Wiecznego Życia.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz