środa, 18 września 2013

2. Widmo wojny

A zaczęło się to od niewinnego szpiega. Już nie wolno mi było nigdzie się ruszać samej. Jako młoda córka pary alfa stanowiłam dogodny cel dla wrogów. Pewnego dnia w naszym stadzie pojawił się szpieg Ognistych Koni.
- Czego tu szukasz? - zarżał groźnie mój ojciec.
- Już niedługo będziecie się cieszyć tym waszym stadkiem, o tak. - zaśmiał się złośliwie - Wojna się zaczęła Rubinie. Przegrasz... - Coraz częściej napadało na nas Stado Ognistej Pumy. Oj, długo by opowiadać o przebiegu wojny. Od początku było wiadomo, że jesteśmy na straconej pozycji. Lecz "ten dzień" był najgorszy. Szamanka z naszego stada przepowiedziała, że dziś rozegra się ostateczna bitwa.
" Wielu polegnie, wielu straci lód,
lecz na polu bitwy ostanie wielki cud.
Córka przeżyje nikt więcej nie zostanie,
pewnego dnia nagle zginie, w pamięci pozostanie. "
Wojna to nic przyjemnego. Wiele osób traci życie, wiele zostaje zranionych i wiele też traci wszystko co dla nich ważne. Moi rodzice zginęli na tej wojnie. Zgodnie z przepowiednią szamanki, nikt nie ocalał. Nikt z wyjątkiem mnie. Przeżyłam tylko dlatego, ponieważ moi rodzice mnie ukryli. Widziałam to. Widziałam jak zginęli, ratując mnie. Po tych wydarzeniach nie byłam już sobą. To wtedy zaczęłam się chować przed światem. I tak mijały dni. Nie chciałam zostawiać ciał moich rodziców. Pole walki zalane było krwią. Ciała zaczęły gnić. Mimo to nie odeszłam. Zginęłabym, lecz odnalazła mnie pewna klacz.
- Biedactwo, co ty tutaj robisz? - przejęła się moim losem i doceniłam to, lecz mimo wszystko nie potrafiłam się odnaleźć na nowo w tym świecie. Owa klacz zabrała mnie do swego stada. Para alfa przyjęła mnie z otwartymi kopytami. Dorosłe konie, próbowały wybadać co się stało i pomóc mi. Niestety, dla mnie i tak było już za późno. Całkowicie zamknęłam się w sobie i nie potrafiłam się odnaleźć w tym stadzie. Stadzie zwykłych, ziemskich koni. Wtedy wszystko co przeżyłam, wszystkie doświadczenia których byłam świadkiem przemieszczały się w mojej głowie i tak zaczął mi się kształtować charakter. Z niewinnego i słodkiego źrebaczka, przeobraziłam się w klacz bez serca. Zimna, skryta, tajemnicza i zamknięta w sobie. I tak dożyłam trzech lat. Byłam najpiękniejszą klaczą w stadzie, lecz również najpustszą. Im bardziej piękniałam, tym większą pustkę nosiłam w sercu. Nie będę opowiadać, co przeżyłam w tamtym stadzie, ponieważ nie ma po co. Każdy dzień spędzałam w samotności. Wkrótce zakochał się we mnie najpopularniejszy ogier w stadzie. Nazywał się Nir. Widać było, że mu się spodobałam, ale on nic a nic mnie nie obchodził. Całymi dniami za mną chodził, a ja całymi dniami go ignorowałam. Był nadzwyczaj cierpliwy, lecz wszystko na tym świecie ma jakieś granice. Któregoś dnia nie wytrzymał. Ściągnął mnie na wielką górę lodową i zepchnął z najwyższego szczytu. Postanowił bowiem, że skoro on nie może mnie mieć to nikt nie będzie miał. Cudem udało mi się przeżyć ten upadek, ale mimo to byłam ranna, wyczerpana i brakowało mi sił. Ostatkiem energii poczołgałam się do krzaków rosnących w pobliskim lesie i czekałam. Czas leczy rany, ale są rany trwałe które pozostają z nami na wieki. Po tym wydarzeniu zaczęłam unikać innych jeszcze bardziej. Zamknęłam się w sobie jeszcze bardziej i stałam się jeszcze bardziej pusta w środku. Już nikt i nic mnie nie obchodziło. Zaczęłam lekceważyć wszystko i wszystkich. Wydawałoby się, że zostanę taka do końca życia, że już nikt nigdy się do mnie nie odezwie, że na zawsze pozostanę pustą, zamkniętą w sobie klaczą, która chciała wybrać samotność i że już nigdy nie odważę się nikomu zaufać, lecz los postanowił dać mi jeszcze jedną szansę...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz