Nazywam się Sode No Shirayuki i chce wam opowiedzieć moją historię. Czy jest to smutna historia, czy raczej szczęśliwa, to już ocenicie sami. Przyszłam na świat w zimowej krainie zwaną Krainą Lodu. Pomimo ciągłego śniegu i mrozu warunki jakie tam panowały były dla mnie idealne. Nie byłam bowiem takim zwyczajnym koniem. Byłam Śnieżnym Koniem. Śnieżne Konie różnią się od zwyczajnych tym, że posiadają wyjątkowe moce. Śnieg i lód to nasza domena. Moi rodzice nazywali się Szafira i Rubin. Byli parą alfa, która przewodziła Stadem Śnieżnej Pantery. Byliśmy ostatnim stadem naszego gatunku. Pierwsze co pamiętam to dotyk mojej matki. Czułam ciepło i spokój. To było uczucie, którego nigdy nie zapomnę. Mijały tygodnie, a ja rosłam. Któregoś dnia gdy się obudziłam zobaczyłam twarz mojego ojca. Uśmiechał się do mnie i tulił do siebie. Nigdy wcześniej ani później nie spotkałam kogoś takiego jak on. Tej samej nocy, mój ojciec zabrał mnie na szczyt wielkiej góry lodowej skąd rozpościerała się cała nasza kraina.
- Shirayuki, ta kraina to nasz dom. - zaczął poważnym, lecz delikatnym głosem - Któregoś dnia, mnie i twojej mamy zabraknie na tym świecie.
- A gdzie wtedy pójdziecie? - zapytałam. Mój ojciec spojrzał wtedy w górę i powiedział:
- Spójrz. Widzisz ile jest dziś gwiazd? - zaciekawiona podniosłam swoją małą główkę - Kiedy odejdziemy kolejne gwiazdy zabłyszczą na nocnym niebie. Staniemy się nimi właśnie my. Jeśli tylko za nami zatęsknisz wystarczy, że spojrzysz w górę. My cały czas będziemy nad tobą czuwać. - powoli zamykały mi się oczka. Byłam małym źrebaczkiem i potrzebowałam dużo snu. Gdy mój tata to zobaczył, uśmiechnął się lekko. Po raz ostatni ziewnęłam i zapadłam w głęboki sen. Mijały kolejne miesiące. Byłam taka młoda, niewinna, pełna marzeń i wielkich planów. Lecz ktoś te plany musiał zniszczyć. Pewnego dnia poszłam pobawić się do pobliskiego lasu. Niczego nieświadoma, byłam łatwym celem. Bowiem za moimi plecami czyhało zagrożenie w postaci Ognistego Konia. Stada Ognistych Koni były odwiecznymi wrogami Śnieżnych Koni. To właśnie one spustoszyły Krainę Lodu. Potężny ogier czyhał również na moje życie. Gdy już szykował się do skoku usłyszałam tętent kopyt mojego ojca, głuche rżenie i upadek. Ognisty Ogier leżał martwy. Walka trwała tylko kilka sekund, ale zdążyłam poczuć ten strach. Gdy stałam skamieniała, mój ojciec podszedł do mnie powoli i szepnął cicho:
- Już wszystko w porządku. Nie skrzywdzi cię. - podejrzewam, że to właśnie dlatego zaczęłam traktować cudze życia jako coś nieistotnego. To właśnie z tego powodu przez część mojego życia, moje serce przepełnione było obojętnością wobec innych. Po tym incydencie zrozumiałam, że szykuje się wojna. Nie pomyliłam się. Miesiąc później straciłam wszystko, co było mi drogie na tym świecie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz